Spis treści

Jesień AD 1224

Sezon jesienny obejmuje miesiące: wrzesień, październik i listopad

Wrzesień 1224

Alba Amnis

Gergely nie czekał, aż w Bielawie ukończą folusz. Poprosił Dargaude by uzbierał jak najwięcej korzeni mydlnicy, a Tomiczka, by mu przygotował porządne, szerokie koryto, z którego woda nie będzie wypływać. Z korzeni przygotował pieniący się wywar, ułożył sukno w korycie, zalał ciepłą wodą z wywarem i nakazał Mściwojowi i Atylli założyć drewniaki i deptać po suknie ile się tylko dało. Wybrał ich, bo byli najciężsi. Co prawda Atylla sugerował, by poprosił magistra Dalegora, ale Gergely sprytnie się wykręcił mówiąc, że koryto nie wytrzymałoby ciężaru olbrzyma. Proces ten powtarzał przez kilka dni, a potem na polanie - korzystając z pomocy Tomiczka i Kryspina - porozkładał drewniane ramy i naciągnął spilśnione sukno przybijając długimi, miedzianymi szpilami. Końcówka sierpnia była ciepła i słoneczna, toteż sukno zdążyło wyschnąć, nabrać sprężystości i gładkości i czekać w warsztacie złożone w luźną belę na początek październikowych targów w Rychbachu.

Jaromir - pamiętając jak w zeszłym roku choroba położyła kilkoro z grogów - udał się do Ambroża, by porozmawiać czy Princeps ma zamysł jakoś uchronić ich od jesiennej grypy. Ambroż tej jesieni skupiał się głównie na filtorwaniu Vis z aury Zgromadzenia i większość czasu spędzał w laboratorium. Od dwóch lat postępował wedle tego samego planu. Zaczynał po pierwszym pianiu kura, skromnym śniadaniem. Czyścił filtry i synchronizował apparatus przy świecach, nim świt rozjaśnił niebo. Do południa intensywnie pracował, po czym ucinał sobie krótką drzemkę. Światło dni wykorzystywał na czytanie notatek, zapiski przemyśleń i rozważania nad rozwojem Zgromadzenia. Przyjął Jaromira i wysłuchał jego narzekań. Obiecał, że porozmawia z Dargaude - Prus bowiem był w swojej ziemi uznanym zielarzem i zapewne potrafił sobie radzić z takimi problemami.

Dargaude owszem, miał od razu prostą radę. W lniane woreczki poupychał suszone liście Dziewięćsiłu, które chroniły przed mocami inferna, kulki z jodłowej żywicy, suszone kwiecie Arniki porastającej gęsto podgórskie polany i kilka innych składników, o których nie chciał Ambrożowi powiedzieć. Poprosił też Princepsa, by ten na skrawkach pergaminu napisał czerwonym atramentem modlitwę o zdrowie do Boga (a najlepiej do całej Trójcy), który ma w opiece tych co wyprawią się z Jaromirem. Ostatnim składnikiem miał być kosmyk włosów każdego z nich, który należało żywicą przykleić do pergaminu i umieścić w woreczku. Tego już Dargaude podjąć się nie chciał. Ambroż wziął to jednak na siebie. Przywołał Jaromira, Wszebora i Atyllę i wyłożył im o potrzebie zaufania boskiej pomocy w sprawach zdrowia. Całą trójkę delegował do Rychbachu na targi, które miały się zacząć za parę tygodni. Musieli więc pokornie odciąć kilka włosów i zostawić u Princepsa na stole. Jaromir nie miał z tym problemu, ale Madziar i służący dość trwożnie do tego podeszli. Wszebor potem podejrzał, że Dargaude odwiedzał Ambroża i coś od niego zabierał - nie miał więc wątpliwości, kto za tym wszystkim stał.

Korzystając z ciepłej, wrześniowej aury, Dargaude nadrabiał zaległości w zbiorach ziół, korzeni i żywic, które uznawał za przydatne, które mu wskazywała Mojmira (coraz przyjaźniej nastawiona do białowłosego Prusa), albo takie które zdążył samodzielnie zbadać. Szukając zasobów w odległym zakątku lasu na jednej z polan natknął się niespodziewanie na dziwaczną parę – wędrownego Skomorucha, który dosiadał niedźwiedzia. Co ciekawe, Skomoruch mówił do niedźwiedzia po śląsku. Reakcja Dargaude była lękliwa, ale ani „jeździec” ani miś krzywdy mu nie uczynili. Skomoruch przedstawił się jako Tybald ze Świdnicy. Niedźwiedź wydawał się dość przyjazny, Tybald takoż. Podzielił się chlebem i piwem. I zaczął śpiewać o Panu Góry. Towarzyszył Dargaude do momentu powrotu na szlak do Alba Amnis, gdzie poprosił o „pieśń za pieśń”. Dargaude niewiele myśląc zrewanżował się jedną z pruskich pieśni o pięknej Kirsne. Treść chyba spodobała się Tybaldowi, bo ten rzekł: „Mój Pan chętnie posłuchałby o Kirsne osobiście. Jeśli kiedyś zboczysz tu ze szlaku, zakukaj trzy razy. Może znajdziemy dla Ciebie miejsce przy ognisku”. Dargaude ukłonił się dwornie, po czym prędko umknął w stronę bezpiecznych murów zgromadzenia, co jakiś czas oglądając się trwożnie przez ramię. Natknął się już na polanie na wracającego z łowów Borysa i Tytusa, ale nic im o spotkaniu nie powiedział. Borys jednak zauważył wyjątkową bladość jego oblicza, zdał to jednak na karb lękliwości Prusa w leśnej kniei. Po ostatnich próbach z mieczem, nie miał o nim wygórowanej opinii. Co wkrótce jednak miało się zmienić.

Dalegor - wedle umowy z Radą Magów - od początku miesiąca zajął się studiowaniem zaklęcia, które Stefanus zostawił im opisane w laboratoryjnych tekstach. Uchylał okno od Sanctum, pozwalając by nici babiego lata osiadały na ramie. Czytał drobne litery łaciny Stefanusa wręcz z obsesyjną uwagą. Początkowo bez głębszego zrozumienia. Zaklęcie było rytuałem. Wymagało poświęcenia Vis, jak każdy rytuał. Ale tworzenie złota z „niczego” było dla Dalegora pasją samą w sobie. Zwrócił uwagę na notatki mistrza, którymi ten upstrzył marginesy kart pergaminów. Stefanus zwracał uwagę, by przed zakończeniem nauki dobrze, ba.. perfekcyjnie poznać złotą monetę, której kopie miało wykonać zaklęcie. Wspominał złote Bisanti, które zamiennie nazywał Hyperpyroni. Taką też monetę Dalegor musiałby zdobyć i wyryć w pamięci jej najdrobniejsze szczegóły. Ale miał na to wiele dni. W międzyczasie zaszła w nim jakaś zmiana. Odkąd zaczął się odziewać w nowe szaty, uporządkował też życie wokół siebie. Uprzątnął i wymył całe laboratorium. Samodzielnie. Polecił Wszeborowi posprzątać swoje Sanctum, a Tomirze zlecił przygotować nowy siennik, uprać pościele i całą bieliznę jaką miał w skrzyni. Zaczął chodzić w sandałach, a nie na boso. Wstawił nową szafę pachnącą sosnową żywicą, którą wykonał mu Tomiczek. Przystrzygł brodę, kąpał się codziennie, jadł trochę mniej i poprosił Dargaude, by ten przygotował mu wyciąg z pachnących ziół. A w przerwach od studiowania pergaminów Stefanusa, magią Rego eksperymentował z miedzianą blaszką. Oczywiście nadal unikał Ambroża. Ale czeladź zaczęła szeptać, że ponury olbrzym chyba coś knuje, obserwując zmiany w jego zachowaniu.

Ambroż w tym czasie musiał podjąć kilka decyzji. Dargaude poprosił go, by ściągnąć ze Strzegomia zielarkę Milę. Prus miał na uwadze zbliżające się rozwiązanie u Gosławy, a sam w sprawach kobiecych wiedzy żadnej nie miał. Przy okazji chciał się przypodobać Princepsowi, zdając sobie sprawę że to on jest panem jego wolności i dalszego być albo nie być. Oczywiście zaoferował siebie, jako przewodnika do Strzegomia i konfratra w zielarstwie. Ambroż nawet nie udawał, że zastanawia się nad decyzją. Polecił Borsowi objąć komendę, zabrać Odomira i wyruszyć nim nadejdzie październik. To akurat Dargaude nie było na rękę, bo chciał wykorzystać cały wrzesień na zbierania ziół, więc negocjował z Princepsem termin. Ambrożowi chodziło jedynie o to, by zdążyli przywieźć Milę na czas.

Borys nie zwlekał. Owszem, ciągle obawiał się klątwy która nad nim ciążyła. Ale też chęć wyrwania się poza mury Zgromadzenia i leśne ostępy była niemała. Zarządził Odomirowi i Dargaude że przed końcem miesiąca ruszą do Strzegomia. Czyli za kilka dni.

Październik 1224

Strzegom

Droga do Strzegomia minęła dość spokojnie. W Świdnicy odwiedzili młynarza i wręczyli mu przesyłkę od Przecława. Zbysław był wielce ukontentowany. Poprosił, by przekazać Princepsowi, że przydałoby się otoczyć „błogosławieństwem magistrów” drugi spichlerz, który latem postawili w zagrodzie. Zaklęcie Bohumila w kamiennym kręgu wokół starego spichlerza wciąż działało. Ani szczur, ani mysz, ba ani kot nie zbliżały się do zabudowania. Borys pokiwał tylko głową, potwierdzając że przekaże.

W Strzegomiu spotkał ich zawód, ale i lęk o losy Mili. Jej domostwo zastali spalone, a drogocenny ogródek z ziołami - zniszczony. Dargaude był wstrząśnięty tym widokiem. Borys jakby mniej. Przywykł do przemocy, która spotykała najsłabszych. Rozgościli się w karczmie Pod Krzyżem i tam dowiedzieli się o szczegółach tej historii.

O ile zielarka miała dobre układy z kasztelanią i pan Imbram tolerował jej działalność, czasem wysyłając swoich ludzi po to i owo, na choroby które dokuczały czeladzi (sam obawiał się takich praktyk i zatargu ze „świątobliwym” rycerstwem), to już sami Joannici, a komtur Rudiger w szczególności - nie bardzo tolerowali praktyki „ludowej wiedźmy” jak zwykli ją pogardliwie nazywać. Obsesja komtura na punkcie „pomiotu Faerie” nie wygasła po spaleniu kapliczki w 1222 roku. Wręcz przeciwnie, śmierć Hartwiga – którą komtur uznał za robotę leśnego ludu – sprawiła, że zaczął on szukać „szpiegów” i sługusów ludu Faerie wewnątrz murów Strzegomia. Ponoć kluczowym dowodem przeciwko Mili stała się jej magiczna kotka. Jeden z braci zakonnych - klucznik Wilhelm, wciąż cierpiący z powodu „lodowych ran” jakie otrzymał dwa lata temu - twierdził, że widział, jak kotka Mili rozmawia ludzkim głosem z „mglistym kształtem” nad brzegiem Strzegomki. Dla komtura był to jasny sygnał: Mila nie jest zwykłą zielarką, lecz vassallus – ludzkim lennikiem Dworu Zimy, wysłanym by szpiegować komturię.

Gdyby to były sprawki Inferno, Rudiger musiałby wszcząć oficjalny sąd inkwizycyjny, ale wobec sługusów Faerie wystarczyła akcja „oczyszczenia domeny szpitalników” z plugastwa pogańskich wróżek. Pod osłoną nocy, pod koniec września 1224 roku, oddział braci służebnych pod dowództwem brata Engelberta (tego samego, który brał udział w komisji Dobromiła) otoczył chatę Mili na skarpie. Wyważono drzwi, a gdy kotka zaatakowała jednego z braci, wydrapując mu oczy (co uznano za „nieludzką furię bestii”), podłożono ogień pod strzechę. Mila zdołała uciec w stronę rzeki(ratując też kotkę), ale jej chata spłonęła doszczętnie. Oficjalnie Joannici ogłosili, że zniszczyli gniazdo ferryckich guseł. Wcześniej Rudiger zagroził Imbramowi, że jeśli ten będzie bronił „pomocnicy wróżek”, on sam doniesie biskupowi Wawrzyńcowi, że ród Ilkowiców sprzyja pogaństwu. Biskup Wawrzyniec, budujący potęgę Kościoła, nie wybaczyłby Imbramowi ochrony osoby oskarżonej o kontakt z istotami, które zatruwają wody Strzegomki i porywają dzieci. Imbram wiedział o trwającym procesie męczeństwa Dobromiła. Każdy skandal w Strzegomiu mógłby zaprzepaścić szansę na uznanie rycerza za świętego, co było prestiżowo ważne dla całej okolicy. Komes zacisnął więc zęby i wydał rozkaz swojej straży, by nie opuszczała kasztelu podczas nocnego rajdu Joannitów. To wszystko opowiedział im karczmarz, za całkiem suty napiwek. Jego bratanek służy w straży grodowej, więc był dość dobrze poinformowany. Opuścili więc Strzegom i udali się do wioski Jaroszów, którą wskazał im karczmarz. Mila miała tam kiedyś uleczyć syna sołtysa z krwawej biegunki. To był jedyny trop, jaki mieli.

Podróż przez śląskie bezdroża w październiku była udręką. Deszcze zamieniły trakty w bagna, a nieustająca wilgoć wystawiała na próbę cierpliwość Borysa. W Jaroszowie wieśniacy byli zastraszeni. Brat Engelbert z komturii zdążył już tam być, wypytując o pomocnicę wróżek. Sołtys, drżąc o życie rodziny, wskazał im odległą leśną osadę pod Siegensberg. Twierdził, że Mila ruszyła tam, szukając schronienia u pewnego owczarza. Zanocowali w stodole i nad ranem pożegnali sołtysa ruszając do wskazanego miejsca. Dla Odomira, wciąż zmagającego się z powolnością myśli po ciężkiej chorobie, był to tydzień wyzwań. Musiał polegać na intuicji Borysa, czując frustrację, gdy imiona wiosek i kierunki myliły mu się w głowie.

Siódmego dnia, gdy słońce ledwo przebijało się przez ołowiane chmury, dotarli do ukrytej groty w głębi leśnego jaru. U wejścia, niczym posąg, siedziała czarna kotka Mili, wpatrując się w nich swoimi nienaturalnie mądrymi ślepiami. Mila była wystraszona. Wieśniacy z Jaryszowa dobrze ją zaopatrzyli ale ukrywała się ciągle w chłodzie, drżąc przy małym ogniu. Na widok Dargaude i towarzyszy – z jej oczu popłynęły łzy ulgi. „Komtur oszalał, młody paniczu. Myśli, że las chce go pożreć. Wszędzie szuka wrogów nowej wiary i sług leśnych duchów. ” – wychrypiała staruszka. Borys okrył ją płaszczem. Zapowiedział, że Ambroż oczekuje jej w Zgromadzeniu i że tam znajdzie swój nowy dom…

Rychbach

Na jesienne targi do Rychbachu Jaromir zabrał Atyllę (pomny na zeszłoroczny incydent z Ulrykiem) i Wszebora (bo chciał mieć dobrego woźnicę). Przecław wykupił wóz od Hermanna z Bielawy, który dotąd ciągle wypożyczali. Cała trójka otrzymała od Ambroża lniane woreczki z ziołami i pergaminem, które Princeps nakazał im włożyć pod koszulę, na gołe ciało - tak jak zalecał Dargaude.

Tym razem mieli prawie 92 łokcie porządnego, folowanego sukna. Bez przeszkód dotarli do Rychbachu. Targi odbywały się na miejskim rynku, przy cechowych sukiennicach jak co roku. Wóz z końmi zostawili za murami, przy gospodzie podgrodowej, głównie ze względu na ceny. Jaromir dał sukno Wszeborowi, a sam zaczął rozmowę z urzędnikiem cechowym. Opłacili 3 denary za dniówkę stallum, mając nadzieję na szybką sprzedaż. Cechowy Teofil wskazał im pusty kram, gdzie szybko się rozlokowali. Teofili wyjął metalowy wzorzec i przemierzył tkaninę. Jaromir odłożył 3 denary libra draporum dla cechu, uspokojony, że to koniec opłat. Nie był zbyt zadowolony. Przeszedł po straganach rozpytując o ceny. Ten rok forował tkaniny barwione. Zwykłe, folowane sukno, nawet strzyżone, nie dawało więcej jak 6-7 denarów od łokcia. Trochę go to martwiło. Jednakże sprzedaż poszła gładko, przeliczył w sakiewkach 680 denarów i wrzucił do ozdobnej skrzyneczki. Posprzątał przed wieczorem kram, zdał sprawę cechowemu, rozpuścił Atyllę i Wszebora do karczmy a sam jeszcze poplotkował ze znajomymi kupcami. Wcześniej upatrzył sobie piękną, lnianą suknię dla Brigitte. Wybieloną jak śnieg, z pięknym granatowym haftem przy kołnierzu i rękawach. Wysupłał 25 denarów i zadowolony udał się do jednej z gospód już poza grodowymi murami. Miał swój plan, by nadstawić uszu i poznać to i owo, co niekoniecznie bywało legalne.

W gospodzie Na Podgrodziu nadstawiał uszu. Plotkowano o różnych zdarzeniach, ale usłyszał to i owo o Bielawie. Dosiadł się do grupy zawzięcie dyskutujących mieszczan - sądząc po strojach, biedniejszych rzemieślników. Powiadano, że księdza, który miał objąć probostwo w Bielawie, pierwiej wydalono z Magdeburga z herezje. To, że poświęcony dzwon spadł mu na głowę podczas mszy powszechnie uznawano za Znak Boży. Jaromir nie zaprzeczał, tym chętniej stawiał kolejki i poklepywał po plecach najgorliwszych krytyków ojca Konrada. O magistrach z Bielawy nikt nic nie wspominał. Na szczęście. Po kilku kolejkach część podchmielonych gości opuściła sale słabo trzymając się na nogach. Jeden z nich jednakże pozostał przy stole. Z nim Jaromirowi rozmawiało się najlepiej. Już wcześniej słyszał, że Na Podgrodziu można usłyszeć to i owo o szemranych sprawkach i ubić ryzykowny interes. Wit był drobnym kupcem, nieprzyjętym do cechu (a więc partaczem). Nie wspomniał dlaczego go nie przyjęto, mruczał coś jedynie o ludzkiej zawiści i niesprawiedliwości. Wit starał się tanio kupować i drogo sprzedawać. Jeździł czasami po okolicznych wioskach, skupując od wieśniaków lokalne wyroby. Miał swój kram na rynkowym targowisku, za który musiał płacić podwójną stawkę. Jaromir się domyślił, że owszem - jeździł po okolicy - ale niekoniecznie miał towary od chłopów, a raczej trudnił się paserstwem. Wspomniał niby mimochodem, że chętnie zainwestowałby w jego kram, gdyby „chłopi” czasami żądali wysokiej ceny za szczególne dobra. „Dobrze z oczu ci patrzy Jaromirze, a i ciebie łupią opłatami cechowi z Rychbachu. Może i wkrótce nadarzy się okazja, żeby jaki interes wspólnie ubić…” - Wit wzniósł gliniany kufel i przepił do kupca.

Kolejnego dnia Jaromir planował powrót. Wsypał się porządnie, aż do południa. Zjadł z Wszeborem i Atyllą zacny obiad. Kupił też 3 beczki jęczmiennego piwa, które tak uwielbiał. Robiło się chłodno i od gór wiał wiatr przynosząc ciężkie i wilgotne chmury. W kościele św. Jerzego bito na nonę, gdy rozsiedli się na wozie i ruszyli przez podgrodzie ku drewnianemu mostkowi na Piławie. Jaromir drzemał, wjechali w leśny dukt. Za dwie godziny mieli być w Bielawie. Gdzieś w połowie drogi konie gwałtownie się zatrzymały. Jaromir spojrzał na szlak, dwójka zamaskowanych konnych - najpewniej rycerzy sądząc po odzieniu i długich włóczniach trzymanych wprawnie przy siodle, tarasowała im drogę. Z krzaków, za konnymi, wyszła czwórka ciurów, również zamaskowanych. „Z wozu kupczykowie! Jeśli wam życie miłe!” - ochrypłym głosem ryknął jeden z konnych. Atylla zacisnął pięści i spiął się na koźle, obok bladego Wszebora, kątem oka patrzył na Jaromira, co ten rozkaże uczynić. Lekko pokręcił głową sugerując, że szans zbyt dużych nie mają.

Jaromir wstał, rozłożył ręce i zaczął swoją gadkę. Zamierzał wykpić się groźbom: „A po cóż to tak z groźbą panowie rycerze? Cóż to magistrom z Alba Amnis interesy psuć chcecie i na gniew magów się narazić?” - ściągnął przez głowę haftowaną sakiewkę od Dargaude i znacząco potrząsnął. „Gniew i klątwę taką, że rok na konia nie wsiądziecie! A poza tym, ja swój człowiek jestem, po coż mi potem - jakbyście miarowali nas obrabować - rzeczy swoje na rynku w Rychbachu odkupić miałbym?” - tutaj mrugnął znacząco do bliższego z rabusiów. „Wiele nie mamy i się nie obłowicie, a ja mógłbym wam powiedzieć to i owo, o tym co łup lepszy ze sobą niesie…” Stojący bardziej z tyłu rycerz, podjechał do bliższego i coś mu szepnął na ucho. Ten splunął i spojrzał na Atyllę i Jaromira: „W portki robicie, to i kłamstwem myślicie się wyłgać. Z wozu, jako rzekłem!” - ścisnął konia kolanami i podjechał bliżej. Czterech zbrojnych z nim rozproszyło się w półokrąg blokując przejazd całkowicie.

Atylla widząc ruch rycerza wstał i jawnie sięgnął po miecz. Jaromir położył mu rękę na ramieniu uspokajając. „Z wozu, dalejże! Ostawcie wszystko co tam macie!” Przez długą chwilę mierzyli się wzrokiem. Rycerz-rabuś oceniał Atyllę, czuł, że ten tanio skóry by nie sprzedał. Jednakże wypatrzył na wozie beczułki z piwem, szkatułę i worek, w którym Jaromir złożył suknię dla Brigitte. Konie zaczęły parskać, czwórka ciurów podeszła całkiem blisko ściskając spocone dłonie na styliskach toporów i włóczni. Jaromir przez moment dostrzegł wahanie w oczach rycerza. Ściągnął swój kosztowny kubrak i rzucił go na wóz. „Zejdźmy druhowie.”- rzekł do Atylli i Wszebora. „Bierzecie srebro, konie i to okrycie warte więcej niż żołd twoich ciurów, ale żelazo nam zostawcie, bo się nim udławicie!” - zagroził Jaromir. Zeszli z wozu i usunęli się kilka kroków pod drzewa. „Bystry z ciebie lis, kupczyku. Masz oko do ludzi i wiesz, kiedy rzucić kość ogarowi, by nie odgryzł ci nogi” — rycerz złapał kubrak końcem włóczni, przyciągnął do siodła i z lubością gładził palcami haftowany materiał. „Piękna robota… szkoda by było, gdyby tak zacny materiał nasiąkł krwią na tym pustkowiu tylko przez to, że obaj jesteśmy uparci”. Zmrużył oczy, spoglądając na Jaromira, a potem na zachmurzone niebo z którego zaczął prószyć śnieg z deszczem. „Zabierajcie to wasze żelazo i ruszajcie w mrok, póki moja łaskawość nie wyparowała jak poranna mgła. I posłuchaj dobrej rady: powiedz tym swoim mistrzom, co to kryją się po dolinach, że my, ludzie szlaków, nie szukamy zwady z tymi, co kumają się z cieniami. Świat jednak robi się ciasny, kupczyku. W Bielawie kładą kamień pod kościół, dzwony wkrótce zaczną bić na trwogę wszystkiemu, co dzikie i wolne, pamięta starą wiarę i czci dawnych bogów. My mamy swoje mury, oni mają swoje jary, ale nowa wiara nie lubi tajemnic. Pilnujcie więc swoich granic tak, jak ja pilnuję swoich szlaków… i módlcie się, byśmy nigdy nie musieli sprawdzać, co jest silniejsze: wasze uroki czy nasze żelazo”. Spluwa na bok, daje znak swoim ludziom i rusza kłusem w stronę północy zabierając wóz.

Rozpadało się na dobre i Jaromir przemókł do suchej nitki. Do Bielawy mieli godzinę, może dłużej bo za chwilę miała zapaść noc. Odetchnęli dopiero gdy zobaczyli pochodnie zapalone tu i ówdzie przy chatach niemieckich osadników. Poszli prosto do Hermanna. Ten ich ugościł i zakazał wracać po nocy do Zgromadzenia. Zagrzał korzennego piwa i wysłuchał opowieści. Poradził też, by odtąd brali więcej zbrojnych na takie przedsięwzięcie. Zima nadchodziła i szlaki robiły się bardziej niebezpieczne. Radził też donieść o sprawie komesowi z Barda.

Alba Amnis

Ambroż był wściekły. Liczył na zysk ze sprzedaży sukna, bo za parę tygodni odwiedzi ich kolektor augustianów z Kamieńca i się upomni o dziesięcinę. Utrata pieniędzy, wozu i koni bardzo go rozsierdziła. Pamiętając jednak jakie zamieszanie wśród czeladzi spowodowała jego kłótnia z Dalegorem, rozmówił się z Jaromirem na osobności, w jego kwaterze. Dokładnie przepytał o wydarzenia z Rychbachu, grożąc użyciem magii, jeśliby ten co zataił. Kategorycznie też odrzucił prośbę Jaromira, o wybudowanie dla niego osobnej chaty. „Teraz to sobie możesz co najwyżej ziemiankę ulepić!” odburknął i trzasnął drzwiami, aż drzazgi poleciały z futryny. I natychmiast pospieszył do Przecława radzić nad finansami Zgromadzenia.

„Tylko tysiąc!?” - zdumiał się Ambroż. Tyle mieli w skarbcu. Przecław był mocno zmartwiony. „Mogę przycisnąć rymarza Maćka w przyszłym roku, ale to nie da nam więcej niż tysiąc srebrników na sezon. Ale to w przyszłym roku. Teraz musimy opłacić augustianów, jakieś dwa tysiące denarów z naddatkiem.” - rachował szybko w głowie - „Z obecnymi wydatkami, będziemy potrzebowali jakieś trzy i pół tysiąca denarów w listopadzie, żeby wyjść na czysto, z pustym skarbcem. Mogę spróbować oszczędności …” - zaczął głośno myśleć, skrobać rysikiem po woskowej tabliczce - „W tej sytuacji musimy wynegocjować u mnichów prolongatę. I wstrzymać jesienne pensum, dla wszystkich, włączając magistrów, Princepsie. Bez wyjątku. Wasz zimowy wyjazd do Łęczycy musielibyście sfinansować z własnych środków. To srogie curationes Ambrożu, wiem. Ale innego wyjścia nie ma”.

Kilka dni po niefortunnym powrocie Jaromira, do Zgromadzenia przybył Borys, Dargaude, Odomir i uratowana zielarka ze Strzegomia. Ambroż powitał ją osobiście. Zaraz nakazał Przecławowi, by Milę nakarmić i zadbać o nią odpowiednio. W chacie Isztvana jedna izba była wolna, tam zamierzał ją ulokować. W międzyczasie wysłuchał opowieści Borysa o tym co zastali w Strzegomiu i potencjalnym konflikcie z Joannitami, gdyby rozniosły się pogłoski, że zielarka schroniła się w Zgromadzeniu. Zaczął w duchu rozważać pewien pomysł…

Dargaude był bardzo zadowolony, że Mila jest z nimi. Przez następnych kilka dni codziennie przychodził do kobiety, pytając czy aby czego nie potrzebuje. Ustalili z Tomiczkiem, że we dwóch przygotują skrzynie i wyposażenie według zaleceń Przecława. Ten zaś, chcąc pochwalić się przed Milą, że jest zarządcą, zalecił Tomiczkowi zrobienie armaria, t jest wnęk ściennych z drzwiczkami, przeniesienie pustych kufrów do jej izby, zamontowanie wielu półek, a także przygotowanie solidnego scamnum, ciężkiego stołu. Mojmira przyniosła z kuchni wielki kocioł i kilka drobniejszych naczyń. Przy całym zamieszaniu nikt nie spostrzegł, jak kotka Mili uważnie przygląda się wszystkim i słucha siedząc na belce pod sufitem.

W drugiej połowie miesiąca okazało się jak ważna była obecność Mili. Nadszedł czas rozwiązania Gosławy. Dziewczyna była młoda i silna, i było to jej pierwsze dziecko. Ale gdyby nie pomoc ziołowych ligatur Dargaude i doświadczenie Mili, mogło to się skończyć tragicznie. Po ciężkich sześciu godzinach mieszkańcy Alba Amnis usłyszeli nad ranem głośny płacz noworodka. Gosława urodziła zdrową córeczkę. Ambroż mógł ją odwiedzić dopiero późnym wieczorem, wcześniej Mila zakazała komukolwiek niepokoić młodą matkę. Princeps z dużą czułością przyglądał się czerwonemu na twarzy maleństwu, a Gosława poprosiła go by nadał dziecku imię i ochrzcił jutro z rana poświęconą wodą z Bielawicy. Ambroż nie wzbraniał się. Co więcej, zamierzał wkrótce zejść do Bielawy, by zamienić kilka słów z ojcem Gudrigiem, który wizytował wieś w nadziei objęcia wkrótce parafii. Doniosła mu o tym Anne, ojciec Gudrig gościł w domostwie Hermanna, ojca dziewczyny. Po tym jak Ambroż formalnie przyjął ją jako czeladniczkę Przecława i pobłogosławił ich narzeczeństwu, dziewczyna obdarzyła Princepsa dużym zaufaniem i z dumą obnosiła się swoim awansem z roli praczki i służącej, do piśmiennej przyszłej zarządczyni.

Listopad 1224

Alba Amnis

Tak jak przewidywał Przecław, zaraz po Wszystkich Świętych zjawił się przeor Mikulasz osobiście, wraz z grupą mnichów i tuzinem zbrojnych od komesa Dzierżki. Ambroż długo myślał nad kwestią prośby o prolongatę dziesięciny. Rozważał za i przeciw. W końcu z wściekłością kopnął taboret i syknął: „O nic tych kutasów z Kamieńca nie będę prosił”. Poszedł do Przecława z własną szkatułą i odliczył przewidywaną dziesięcinę ze swoich środków.

Mikulasz jak zwykle wylewnie dziękował, drżącymi rękami przekazując szkatułę z grubo czterema funtami srebra w ręce kolektora. Podkreślił, że augustianie są ubogimi mnichami i wszystko, a przynajmniej większość przekazują do Wrocławia biskupowi Wawrzyńcowi. I niby mimochodem napomknął o Tomirze. Sam był na mszy pogrzebowej nieodżałowanego komesa Sobiesława i domyślał się, że jego służka - jak ją nazwał - wróciła do Alba Amnis. Poprosił więc, by jak dawniej odwiedziła progi zakonu i uprała szaty liturgiczne opata. „Skoro nie ma żadnych przeszkód, dwór w Kłodzku opuściła, jak zmarło się komesowi Sobiesławowi, tedy opat Wincenty skorzysta z jej umiejętności i swym autorytetem, mnichów uchroni od bezbożnych myśli” - dodał z bezczelnym uśmiechem, uprzedzając protesty Ambroża. Princeps zachodził w głowę, skąd Mikulasz ma tak szczegółowe informacje, wziął go więc na bok, pod pretekstem wyjaśnień. Odszedł kilka kroków w głąb sali narad i głośnym szeptem wypowiedział formułę zaklęcia po łacinie. Mikulasz potrząsnął głową, sugerując, że nie dosłyszał. Mag cały czas patrzył mu uważnie w oczy. „Tomira leży złożona chorobą w infirmerii. Jest w izolacji, bo się obawiamy czy to nie aby jakaś powietrzna zaraza, całą ją krostami wysypało” - i znów po cichu wyszeptał słowa zaklęcia, powstrzymując się od gestykulacji. Mikulasz znowu się przybliżył narzekając na słuch. „A jak zaraza to być może, to zaiste, modlić się będziemy za jej powrót do zdrowia. ” - wycofał się w ukłonach i ponaglił mnichów i kolektora by czym prędzej opuścili Zgromadzenie. Ambroż zachował kamienną twarz.

Następnego dnia Princeps spełnił prośbę Gosławy. Poprosili Anne i Dalegora, by oboje stali się rodzicami chrzestnymi dziewczynki. Patrinus Dalegor wziął maleństwo na ręce i stanął obok Anne, Ambroż zaś poprowadził ceremonię, wedle porządku Kościoła. Zapalił święcę, położył misę - z braku chrzcielnicy i poprosił Dalegora i Anne o podejście. „Katarzyno Świętosławo, ja Princeps Ambroż, ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” - wyrzekł wzruszony i trzykrotnie polał dziecku główkę wodą z bielawskiego strumienia. Ambroż następnie rozpoczął Credo. Całą ceremonię odprawili w Sali Obrad, a towarzyszyli jej wszyscy mieszkańcy Alba Amnis. Ambroż miał nadzieję dopełnić sakramentu już w kościele w Bielawie - rozmawiał o tym z ojcem Gudrigiem. Gdy skończyli, Atylla podszedł do Ambroża z wieścią, że jakaś nieznajoma kobieta przyjechała konno w towarzystwie kilku zbrojnych. Wieść szybko się rozniosła i zaciekawiona czeladź, tyle co wzruszona chrztem Katarzyny, ruszyła do bramy zobaczyć gościa. Ambroż wychodząc z Sali spojrzał w szare niebo, lekko zaczynał sypać śnieżny puch, choć jak na listopad było ciepło. Szedł pierwszy, raźno krocząc w stronę konnej i jej eskorty przed bramą. Za nim - wielki jak góra - kroczył Dalegor z Katarzyną na ręku, obok niego Gosława i Anne, i tłumek czeladzi Alba Amnis. Karin nie oczekiwała lepszego powitania.

Pod koniec miesiąca Ambroż zarządził przygotowania do wyprawy na Łęczycę. Bohumil najchętniej zamieniłby się w orła i poleciał prosto na północ, ale dla Princepsa znaczenie tych odwiedzin było i symboliczne i niosło polityczną wagę. Nakazał, by Dargaude im towarzyszył - co ucieszyło Prusa, gdyż czuł, że głowa Zgromadzenia ufa mu coraz bardziej. Ambroż zabrał też Atyllę i Wszebora. Pierwszego dla bezpieczeństwa, drugiego dla wygody. Dalegora poprosił by pilnie zajmował się Karin i wdrażał ją w zasady jakie panują w Alba Amnis. Olbrzym nie pokazywał po sobie entuzjazmu, chłodno potakiwał głową - choć w środku fikał koziołki jak mały chłopiec. Ambroż pociągnął nosem. Poczuł jałowiec, bylicę i lubczyk. I coś jeszcze. Zwrócił uwagę na błyszczącą brodę wielkoluda, ale nie skomentował. Odwrócił się, uśmiechnął półgębkiem i rzucił na odchodne: „Dbaj Dalegorze o naszą nową magiczkę.” Myślami był już na szlaku.