Spis treści

Lato AD 1224

Sezon letni obejmuje miesiące: czerwiec, lipiec i sierpień

Czerwiec 1224

Alba Amnis

Zaskoczeniem dla magów Alba Amnis była niespodziewana wizyta Gniewka Sobiesławica. Zjawił się pewnego czerwcowego przedpołudnia przed bramą Zgromadzenia, wraz z czwórką knechtów i poprosił o widzenie z princepsem. Mściwój, który tego dnia miał poranną wartę czym prędzej wprowadził młodego szlachcica i powiadomił Ambroża. Princeps pośpieszył do Sali Obrad i przyjął tam gościa. Gniewko oznajmił, że przysyła go komes Dzierżko, który od wczoraj wizytuje Bielawę. I korzystając z okazji zaprasza Ambroża do Bielawy, do gospodarstwa Hermana, by rozmówić się o sprawach kościoła parafialnego.

Dla Ambroża było to ważne. Od kilku tygodni rozprawiał z Bohumilem i Dalegorem o rosnących murach kościoła w Bielawie i potencjalnym wpływie aury Dominion na ich Zgromadzenie i działalność w okolicy. Pociągnał przy okazji Gniewka za język. Najmłodsza siostra rycerza, Damroka, od czasu śmierci Sobiesława przebywała u swojej siostry, w majątku Ilkowiców. Gniewko wspomniał, że zapewne wkrótce trafi do klasztoru. Brat Kazek wyjechał do Wrocławia, gdzie za wstawiennictwem księcia, dostał posadę przy biskupie wrocławskim, porzucając służbę u Walda z Rychbachu. On sam został dowódcą drużyny kasztelańskiej przy Dzierżku, wdzięczny że nowy komes zaoferował mu tę posadę.

Borys, który przekomarzał się z Mojmirą w kuchni, dostrzegł knechtów czekających przy bramie. Wziął Konstantego na barana i podszedł do zbrojnych. „A czyiście to?” - zapytał ze śpiewnym, ruskim akcentem. Uradowała go wieść o odwiedzinach Gniewka i trochę podpytał wojów, o to jakim dowódcą jest młody Sobiesławic, ale żaden z nich złego słowa nie wyrzekł o spadkobiercy dawnego komesa. W tym czasie Gniewko podpytywał Ambroża o Tomirę. Princeps wyraził zgodę, by ten odwiedził ją w jej domostwie. Gniewko wychodząc uściskał Borysa, zawsze podziwiał kniazia za jego charyzmę o zdolności dowódcze. Wzruszył się widząc malutkiego Kostka siedzącego na plecach Borysa, wspomniał swego zmarłego ojca. Zaprosił kniazia do Barda, zapewniając że jest tam zawsze mile widziany. Tomira była w istocie zaskoczona wizytą Gniewka, nie spodziewała się, że pierworodny jej zmarłego ukochanego darzy ją sympatią i będzie o niej pamiętał. Zaprosiła go więc do izby.

W tym czasie Ambroż nakazał Wszeborowi, by przywiódł Bohumila i Dalegora do Sali. Magowie musieli oderwać się od swoich zajęć i pośpieszyć do chłodnej izby Zgromadzenia. Dalegor przeczuwał, że wypadki w Bielawie związane z kościołem, zaczną coraz szybciej następować. Obaj zdecydowanie odmówili pójścia do Bielawy. Dzierżko nie znał magów. Wpływ Daru mógłby być niszczący przy pierwszym spotkaniu. Ambroż wezwał więc Dargaude i Jaromira. Wrocławianin znał pół Bielawy i w oczach Princepsa był cennym doradcą przy nadchodzącej wizycie. Dargaude zaś - dopytując o realia, kim jest Dzierżko - zalecił ubrać odświętne stroje i wziąć bogaty orszak. Przy okazji strojów, magowie zorientowali się, że ich szaty wymagają znaczącego odnowienia. A w istocie wymiany. Dalegor w końcu dostrzegł łaty i przeszycia, którymi Tomira próbowała uratować jego tunikę. Bohumil również uważniej obejrzał swój spłowiały płaszcz.

Bielawa

Komes przyjął ich w sieni u Hermanna w jego chacie. Ambroż, poza Prusem i Jaromirem, zabrał Odomira, Mścisława i Przecława, biegłego w prawie. Ten zaś przywiódł ze sobą Anne, córkę Hermanna. Ku zaskoczeniu Magów, Przecław przyjął ofertę zasadźcy i zgodził się poślubić Anne. Dzierżko docenił orszak, zadowolony, że w ten sposób princeps zgromadzenia uszanował jego pozycję. Zaprosił ich do stołu. Obok komesa siedział Czech, frater Slavko, kapelan kasztelana i jego pisarz, a także Gniewko Sobiesławic. Hermann zostawił ich samych, ale Ambroż pozwolił zostać Jaromirowi i Dargaude. Ten ostatni przykuł uwagę komesa, więc mag wyjaśnił mu, że jest on ochrzczonym Prusem, który z woli księcia przebywa u nich w Zgromadzeniu. Dargaude widząc, że wywarł wrażenie na kasztelanie postanowił wykorzystać ten fakt i zyskać jak największą przychylność wielmoży dla Zgromadzenia.

Dzierżko uprzejmie zapytał o losy ich starań, by uświęcić Dobromiła jako męczennika. Zapytał też o Strzegom i komtura Rudigera. A potem przeszedł do rzeczy. Za dwa tygodnie miałaby się odbyć celebracja poświęcenia nowego dzwonu, który ufundowała synowa księcia, Anna Przemyślidka. Mistrzowie ze Świdnicy mieli jakoby już ten dzwon wyrychtować i kilka dni przed odświętną mszą, miał pojawić się w Bielawie. Zaprosił oczywiście wszystkich ze Zgromadzenia na mszę, którą poprowadzi nowy proboszcz, Konrad z Magdeburga. Komes zasugerował jednak, by magowie i Alba Amins dołożyli się do zbożnego dzieła. Słyszał, że podarowali drewnianą figurę Matki Boskiej. Ale zażądał, by Tomiczek, o którym słyszał od Hermanna, że jest zdolnym cieślą, dołączył do Martina Zimmermana, majstra z Bielawy nadzorującego konstrukcję i budowę dachu świątyni. Zażądał też, by Ambroż zgodził się na wycinkę jodeł, które możnaby wykorzystać w budowie. Princeps zgodził się po namyśle. Ten gest bardzo zadowolił Dzierżka, który wielokrotnie podkreślał, że wypełnia jedynie wolę książęcą. Ośmielony zaczął dopytywać się o sprawy Zgromadzenia. Wszedł na temat faerie, o którym Ambroż wspominał przy okazji Strzegomia i spraw, jakie Joannici mieli z niesfornym ludem Białego Dworu. Dzierżko nadmienił, że w Bardzie krążą opowieści jak to jeden z magów z Alba Amnis, płynąć łodzią w czasie wielkiej powodzi, wyłapywał z wody utopców prosto do sieci, niczym raki do saka. Ambroż skromnie naprostował, jak to wyglądało w rzeczywistości, ale zapytał wprost czy komes ma problemy z faerie. Dzierżkowi wystarczył fakt, że uczeni ścigają faerie, jak zapewnił Princeps. Dargaude - mając doświadczenie w dworskich intrygach - od razu zapewnił, że dołożą wszelkich starań, jeśli tylko Dzierżko by miał kłopoty, gdyż i poprzedniemu Sobiesławowi służyli dobrą radą. Zaprosili też Dzierżka do Zgromadzenia. Pożegnawszy się, wrócili przed wieczorem do swoich domostw.

Rychbach

Jaromir przywiązał konia przy gospodzie niedaleko sukiennic. Był czwartek i jak to w dzień targowy, tłok na rynku był niemiłosierny. Spod gospody miał dwa kroki na ulicę Cechową, która przecinała od południa plac targowy. Tam znalazł mistrza krawieckiego Lothara. Misję zlecił Jaromirowi mag Bohumil, który nie był zadowolony z wyglądu swoich ubrań. Łaty i rozłażące się szwy kaftanów, kubraków i płaszczy nie przydawały godności uczonemu. Dalegor przypadkiem podsłuchał rozmowę Czecha z Jaromirem i dołączył do próśb. Biorąc pod uwagę jego wzrost i posturę, materiału na szaty Dalegora trzeba było zwykle dwa, albo i trzy razy więcej. Jaromir więc długo nie myśląc, wsiadł na konia i ruszył na Rychbach. Droga i tak wiodła przez Bielawę, więc pomyślał, że odwiedzi Martina Zimmermana i dopyta i plany. A przy okazji zamieni kilka słów z Brigitte.

Martin przywitał go serdecznie, lubił Wrocławianina i doceniał, że ten próbuje mówić po niemiecku. Objaśnił mu, że za konstrukcję dachu kościoła zabierze się nie wcześniej niż po żniwach i zaoraniu ugorów. Więc Tomiczka by potrzebował do pracy dopiero od września. Jaromir średnio go słuchał, zajęty puszczaniem oczek i szczerzeniem zębów do Brigitte. Wyjeżdzając obiecał dziewczynie coś przywieźć z Rychbachu.

I w ten sposób znalazł się w grodzie. Po tym jak dogadał się z Lotharem i umówił jego wizytę w Alba Amnis, poszedł jeszcze na targowisko, by poszukać ładnej i praktycznej broszy dla Brigitte. Wstąpił do gospody, by napić się przedniego lokalnego piwa. Prawo browarne miało kilka znacznych rodzin. Zwłaszcza tych posiadających karczmy. Ciemnem gęste i aromatyczne piwo jęczmienne należało do tych, które Jaromir uwielbiał. Nie omieszkał więc kupić małej beczułki, którą z trudem wcisnął w sakwę i zawiesił na plecach. Teraz mógł wracać do domu. Misja wypełniona.

Alba Amnis

Nie upłynęły jeszcze dwa tygodnie od spotkania z komesem w Bielawie, a do bram Zgromadzenia zapukał niespodziewany gość. Szczupła, rudowłosa kobieta, przedstawiła się jako Zuzanna z Wicklof z Domu Mercere, Czerwonoczapka Magini Trybunału Nowogrodzkiego. Ambroż czym prędzej ją przyjął w Sali Narad i posłał po Przecława, by ten zarządził gościnę dla niej.

Zuzanna bez wielkich wstępów wyjęła kilka zapieczętowanych rulonów pergaminu, podając Ambrożowi pisma z przeróżnych stron. List Pawła z Czedniewa, Quesitora Trzech Jezior, nieformalnie zapraszał Ambroża na nadchodzące konklawe Trybunału. Princeps Stanis z Łęczycy w swoim liście zapraszał go na zimowy pobyt. Arnold z Fenghen zaś w swoim piśmie sugerował wizytę w ich łużyckim Domu Filialnym, by omówić pewne kwestie polityczne. Jedynie Mag Tomasz z Łęczycy pisał w sprawach czysto merkantylnych. Oczywiście był też list do Bohumila, ale ten pergamin Zuzanna chciała wręczyć magowi osobiście. Poprosiła tylko o przygotowanie kąpieli i zaprowadzenie jej do gościnnej komnaty.

Wieczorem Ambroż zarządził uroczystą kolację, by ugościć wysłanniczkę i usłyszeć nieformalne wieści. Dalegor i Bohumil przybyli zaciekawieni. Przecław siedział z boku, nie narzucając się swoją osobą, a Wszebor usługiwał wszystkim dbając by gliniane kufle zawsze były pełne. Zuzanna miała kilka ciekawych historii do opowiedzenia. Dalegor próbował z nią flirtować, ale magiczka nie była zainteresowana, traktowała całą trójkę z Alba Amnis jak grupę chłopców. Była oczywiście od nich starsza o dobre pół wieku, choć eliksir długowieczności dokonał u niej prawdziwych cudów. Nie zamierzała też nadszarpnąć ich gościnności. Po dniu odpoczynku zamierzała ruszyć dalej, akurat w niedzielny poranek, kiedy to miała się odbyć uroczysta msza w Bielawie i poświęcenie dzwonu. Przyznała, że wybiera się na południe do Italii, a potem przez Morze Śródziemne do Kairu. Nim opuściła jednakże progi Alba Amni, Dalegor wręczył jej pismo do Volana z Rożnova, prosząc by w swej podróży do Italii wstąpiła na morawskie ziemie.

Lipiec 1224

Alba Amnis

Początek lipca przypadał akurat w niedzielę, w którą to ojciec Konrad miał wyświęcić dzwon ufundowany sumptem księżniczki Anny przez świdnickich ludwisarzy. Jednakże wcześniejsza noc pełna była znamiennych wydarzeń. Magowie długo debatowali nad konsekwencjami rozpanoszenia się Aury Dominion. Już objęła ona w posiadanie domostwa bielawskich osadników, rejon budowy kościoła, drogę biegnącą środkiem wsi i część pól przy chatach, odbijając się od linii rzeczki Bielawicy. Jeśli tylko zabrzmi wyświęcony dzwon, zgodnie z teorią magii, Aura dotrze wszędzie tam, gdzie słychać będzie dźwięk poświęconego dzwonu.

Magowie naradzali się jak temu zapobiec. Zapewne Aura zatrzymałaby się w granicy ich magicznej domeny, ale to i tak już utrudniło by im życie, gdyby chcieli wspomóc Hermanna czy innego przyjaznego im wieśniaka. Dalegor - najbardziej biegły w magii żywiołów - postanowił wziąć to zadanie na siebie. Jaromir miał być jego przewodnikiem po kniei i bielawskich polach. Magią Corpus sprawili, że ciemność nie była im przeszkodą - obaj widzieli w niej jakby był wczesny świt. Dalegor ponadto - by nie niepokoić psów - pozbył się zapachu swego ciała zastępując go zapachem trawy. Tak wyposażeni zeszli stromym zboczem i posuwali się wzdłuż wartko płynącego potoku.

Bielawa

Dalegor podkasał komżę i stanął nad brzegiem strumienia. Do murów nowobudowanego kościoła miał jakieś 60 kroków, drewniana dzwonnica, na której za dnia zamocowano świdnicki dar, znajdowała się kilka kroków od kościoła, bliżej rzeki. Musiał więc albo podejść bliżej, zanurzając się w Aurę Dominion, albo wykrzyczeć magiczną formułę, narażając się na wykrycie przez kogoś postronnego. Jednakże Jaromir dostatecznie zlustrował okolicę i wydawała się całkowicie pusta.

Mag zapragnął naruszyć i osłabić strukturę dzwonu magią Perdo. Musiał próbować kilka razy, doprowadzając się do silnego wyczerpania. Od wschodu jaśniała już łuna przedświtu, co przypominało obu sabotażystom, że zaklęcia rzucone w Zgromadzeniu przestaną działać o wschodzie słońca. Dalegor postanowił chwilę odpocząć i ponownie spróbować magicznego ataku na poświęcony dzwon. Moc przepłynęła przez jego ciało, ale nie zdołał nad nią właściwie zapanować, co wywołało silny krwotok z nosa i uszu. Wstrząśnięty tym wydarzeniem zamarł i postanowił się wycofać. Odpoczął chwilę, uspokoił bijące serce i postanowił podjąć ostatnią próbę. Ta się powiodła, w porannej ciszy rozległ się delikatny brzęk, jakby ktoś cisnął mały kamyczek w płaszcz dzwonu. Pośpiesznie oddali się ku linii lasu.

Msza miała być uroczysta i podniosła. Cała Bielawa zebrała się na placu przed budowanym kościołem. Wszyscy odświętnie ubrani i uradowani tym doniosłym momentem. Komes przybył, jak przyobiecał, z całkiem pokaźnym orszakiem prowadzonym przez Gniewka Sobiesławica. Hermann z córką Anne i Przecławem stali w pierwszym rzędzie kilkanaście kroków od przykrytego obrusem stołu, na którym ojciec Konrad ułożył mszalne dewocjonalnia. Ambroż zabrał ze sobą większość czeladzi, poza Borysem, Mojmirą, Gosławą, Dargaude i dwójką śpiących sabotażystów. Rodzina Borsuków i Gergely z Ludomirą zjawili się również w komplecie. Zjechali się nawet drwale i osadnicy z Pereswaldau, spore grono dzierżawców z Rychbachu i grupka mnichów z augustiańskiego klasztoru w Kementz. Msza była zaprawdę uroczysta. Ojciec Konrad w kazaniu, jakie wygłosił po niemiecku, wspominał o nadziei i bliskości bożej, która z każdym kolejnym kamieniem ułożonym na murach świątyni, zbliżała się coraz bardziej do mieszkańców Bielawy. Po błogosławieństwie podszedł uroczystym krokiem do dzwonnicy w towarzystwie dwójki ministrantów.

Schwycił za gruby powróz i rozbujał dzwon. Nim serce dzwonu zdołało uderzyć o jego krawędź rozległ się trzask. Z głośnym hukiem kielich dzwonu oderwał się od korony i drewnianego jarzma. Łamiąc deski runął wprost na głowę przerażonego i zaskoczonego Konrada, kończąc jego żywot. Przez chwilę trwała cisza. Potem rozległy się krzyki i pierwsze lamenty. Komes pobladły z wrażenia, przeżegnał się kilkakrotnie i zarządził powrót do Barda. Ciżba roiła się na gościńcu i wokół miejsca tragedii. Hermann usiłował zapanować nad sytuacją i przedsięwziąć jakieś kroki. Wrażenie jednak było piorunujące. Ambroż w ciszy odwrócił się i machnął ręką na czeladź, by wrócili do swych obowiązków. Po drodze słuchał szeptów służby. Klątwa, boży gniew i siły piekielne wymieniane były w pierwszej kolejności. Princeps zastanawiał się jaki sprawy przybiorą obrót. Nie ukrywał, że w duchu marzył o takim scenariuszu, jednakże zganił się od razu za grzeszną uciechę.

Po południu rozmówił się z Jaromirem i Dalegorem. Wrocławianin tylko wzruszył ramionami - ot zły los najwyraźniej prześladował magdeburskiego klechę. Dalegor jednak miał poczucie winy i oskarżał się w duchu o zbrodnię, której pośrednio dokonał.

Wrocław

Ambroż czym prędzej chciał przejechać przez Most Piaskowy, żegnając klasztor kanoników i zdążając traktem ku Świdnicy. Dzień zapowiadał się upalnie, ruch w podmiejskiej osadzie był senny jak na wczesną porę. Gdy mijali z Atyllą kościół św. Wojciecha, dzwony radośnie zaczęły bić na prymę. To przypomniało Ambrożowi wydarzenia z Bielawy sprzed dwóch tygodni. I sprawę, którą załatwił z książęcym kanclerzem.

O tym, że Idzi będzie na dworze biskupa Wawrzyńca, dowiedział się zupełnym przypadkiem. Poinstruował Przecława, pożegnał się z Bohumilem i Dalegorem, zabrał w drogę Jaromira i Atyllę i ruszył ku Świdnicy. W grodzie wieść o tragedii w Bielawie szybko się rozeszła. Na cech ludwisarzy padł strach, ponoć Henryk młodszy, syn księcia, zagniewał się bardzo i obiecał surowo ukarać mistrzów ze Świdnicy. Ponoć jego matka, Jadwiga von Andechs musiała napominać dorosłego syna, który przecież sprawował znaczącą władzę w imieniu ojca i ukończył 25 lat. Świdniczanie mówili o woli bożej, o sprawkach piekielnych i innych pospolitych plotkach jakie zazwyczaj towarzyszom tego typu zdarzeniom. Jedni obwiniali rzemieślników, o to, że dzwon kościelny nie dość dobrze był wykonany. Inni mówili o niegodnym kapłanie z Magdeburga, którego Bóg pokarał za pychę. Jeszcze inni szeptali o wysłannikach Szatana, którzy w magiczny sposób chcieli odegrać się na sługach bożych. Powiadano też, że dość na tym, że frankońscy osadnicy cieszą się książęcymi przywilejami, fundować im kościół i parafię to już zupełny nadmiar łaski.

Ze Świdnicy Ambroż podążył wprost do Wrocławia. Zwyczajowo wyjechali o świcie, uwzględniając odpoczynek w największym skwarze, do grodu dotarli nim słońce schowało się za horyzontem. Ambroż miał zamiar zarekomendować nowego kapłana dla Bielawy. I poprosić kanonika Idziego o przysługę. Przenocowali w izbie dla pielgrzymów, już na wyspie Piaskowej, u kanoników regularnych. Rankiem skorzystali ze skromnego poczęstunku mnichów i Ambroż ruszył ku mostowi na Ostrowiu Tumskim. Opłacił przejście i obwieścił strażnikom cel wizyty. Z kanclerzem spotkał się w zakrystii kaplicy św. Marcina.

Ambroż nie wiedział, na ile Idzi celowo spotyka się z nim w silnej Aurze Dominion, ale doceniał ostrożność augustianina. Przeszedł od razu do rzeczy. Powołał się na dług wdzięczności za przyjęcie Dargaude do Zgromadzenia i zarekomendował ojca Gudriga z Dębowiny, by zajął wakat w Bielawie. Idzi krótko rozważał słowa princepsa. Ambroż przedsatwił Gudriga w prawdziwym świetle, znał go z czasów nauki w szkole katedralnej i niewiele mógłby zarzucić kapłanowi. Ta znajomość zaś, stawiała relacje Zgromadzenia z Kościołem w potencjalnie dobrym świetle gdyby Gudrig objął nową parafię w Bielawie. Idzi zgodził się zainterweniować u biskupa Laurentiusa. Gdy Ambroż zapytał jak bardzo może być pewien przychylności biskupa, kanclerz tylko sie uśmiechnął i odrzekł, że „wyroki boskie są niezbadane, jednakże w tej sprawie princeps może być bardzo pewien boskiej przychylności”.

Trzy dni później Ambroż zsiadał z konia w chłodnym cieniu jodeł otaczających palisadę Zgromadzenia. Odomir otwierał wrota, a Dobiemiest Borsuków nisko kłaniając się chwytał wierzchowca za kantar. Jaromir pozostał w Bielawie wykręcając się jakąś wizytą u Kunona, a Atylla skierował swego konia już wcześniej w stronę zagrody i stajni. Princeps kroczył więc na zesztywniałych nogach w stronę swojego Sanctum marząc o dzbanie zimnej wody. Ale zapachy dolatujące z kuchni odwiodły go od tego zamiaru. Pomachał ręką Gocławie, która siedziała na ławce przy drzwiach do swej komnaty i szybkim krokiem ruszył w stronę kuchni. Mojmira podśpiewywała dosypując ziół do ogromnego kotła w którym warzyła coś pysznego. Pachniało majerankiem, kminkiem i wędzonką.

Sierpień 1224

Bardo

Było już po żniwach gdy Przecław wysłał Kacpra Borsuka z Kryspinem i Dobiemiestem do kasztelanii w Bardzie. Umówili się z Gniewkiem, za radą Maga Ambroża, by przychówek z owczego stada odprowadzać właśnie tam. W tym roku było to 12 młodych tryczków - które zgodnie z umową stanowiły własność Sobiesławica, jak i 3 dorosłe maciorki na dziesięcinę dla księcia.

Z Borsukami poszedł Mściwój, tak na wszelki wypadek. W Bardzie przyjął ich młody giermek, którego niedawno na służbę wziął Gniewko. Owce dla księcia zostały zapisane przez ojca Slavko w rejestrach, a tuzin brykających młodych zasilił stado Sobiesławica, którego pilnowali bardzcy chłopi.

Alba Amnis

Lubomira już w maju zdążyła obrobić wełnę z wiosennej strzyży, toteż letnie miesiące miała dość wolne. Pomagała więc Mojmirze w obejściu Zgromadzenia i w uprawie coraz bujniej rosnącego ogródka. Ona też namówiła Kryspina, swojego brata, by zaczął uczyć się tkactwa od Gergelya. W ten oto sposób Madziar dostał niespodziewanego czeladnika. Dnie były długie, więc niespodziewanie nadrobił zaległości wiosenne i wykorzystał całą przędzę jaką przygotowała Lubomira. Utkał ponad 50 łokci dobrej wełnianej czesanki i uprzedził Jaromira, by ten dopilnował wrześniowych targów w Rychbachu i dobrze sprzedał jego wyrób. Polecił mu też obejrzeć folusz w Bielawie i domówić się z Hermannem. Wspominał Joachima z Wrocławia, bławatnik prosił by przywieść mu 3 stopy folowanej wełny jak tylko będą gotowi.

Bielawa

Jaromir widział, że prace nad wartkim potokiem Bielawicy idą pełną parą. Zostawił konia przy płocie Kuno Schneidera i wybrał się do grupy robotników, którzy bijali młotami kamienie na fundamenty budynku. Zagadnął jednego z majstrów i ten mu wytłumaczył, że folusz zbudują z ciężkich bali, zapewne do zimy stanie pod dachem. W przyszłym roku przed żniwami wykopią kanał, tak zwaną młynówkę ze śluzą, a wcześniej zamocują koło wodne. No i zaraz po zimie będą montować mechanizmy, ciężkie młoty drewniane i stępę, koryto w którym moczyć się będzie czesanka wełniana.

Folusz był oddalony ode wsi jakieś 500 kroków w stronę lasu i podgórza. Majster wyjaśnił, że młoty pracują głośno, poza tym wełnę moczy się w amoniaku, więc zapachy też nie należą do najprzyjemniejszych. Jaromir podziękował za wyjaśnienia i wrócił do Zgromadzenia, by zdać relację Ambrożowi.

Skoro Przecław zaręczył się z Anne, umowa princepsa z Hermannem była wiążąca i przez 5 lat bezpłatnie mogliby folować tkaniny. Ale Jaromir nie mógł sobie wyobrazić, że potem wełna śmierdziała by moczem przez parę tygodni w obrębie Zgromadzenia. Sugerował więc Ambrożowi, by obmyślił jakąś magiczną metodę.

Alba Amnis

Mistrz Lothar osobiście przyjechał do Zgromadzenia, by wręczyć dzieło swoich rąk. Faktycznie przepiękny Gardecorps z najprzedniejszego sukna z flandryjskiej Gandawy robił wrażenie. Tkanina była szlachetna, gęsta i delikatna. Do tego wybarwiona na niesamowitą czerń. A hafty jedwabną, szkarłatną nicią były mistrzowskie. Mistrz zrobił głębokie kieszenie wedle zaleceń Bohumila. Dodał też zapinki i haftki z brązu. Płaszcz leżał idealnie i był ulepszoną wersję dawnego, reprezentacyjnego płaszcza czeskiego maga. Lothar policzył sobie 880 denarów za to dzieło godne książęcych kufrów.

Dalegor również otrzymał swą szatę. Nowy, obszerny Garnache z naturalnej ciemnobrunatnej tkaniny. Lothar wykonał ją z wrocławskiego szajrunu, gęsto tkanego i strzyżonego tak, że sukno było doskonale gładkie. Zużył 3 szpule srebrnej nici, ale haft i tak był delikatny, biorąc pod uwagę rozmiar Dalegora i fakt, że mistrz krawiecki wykorzystał 36 łokci materiału. Mag musiał wyłożyć 500 denarów, ale bardzo był zadowolony z pracy szwabskiego rzemieślnika.

Ambroż przymierzył nową tunikę z brabanckiej wełny, tkanej w Lowanium i barwionej urzetem na niebeski kolor. Mistrz Lothar ozdobił ją lekkim haftem, Princeps chciał by ta część garderoby była praktyczna, wygodna i nie rzucająca się w oczy. Ambroż wręczył mu pękate sakiewki z 330 denarami. Rozumiał dlaczego w Bielawie czeka na krawca orszak sześciu zbrojnych. Rzemieślnik wywoził z Alba Amnis całkiem pokaźny majątek. Za to magowie Zgromadzenia w swych nowych szatach wyglądali na zamożnych i wpływowych uczonych, zaprzeczając tezie, że to nie szata zdobi człowieka.

Borys całe lato spędzał wałęsając się z Tytusem i Isztvanem po okolicznych lasach. Nie raz oglądali miejsca ucztowania wilków. Tytus nauczył Borysa sposobów podchodzenia niedźwiedzi. Raz wybrali się na Sowi Szczyt, ale najwyraźniej jakaś ferryczna magia poplątała im ścieżki, gdyż błądzili długie godziny przemierzając zarośnięte krzewami i paprociami polany. W końcu Tytus odpuścił - co zresztą zalecał mu Borys czując na plecach dziwne swędzenie i nieustannie oglądając się za siebie. Jedynym pożytkiem z owych wypraw - poza oczywiście kilkoma trofeami i zaspokojeniem łowieckich ambicji kniazia - był fakt, że Isztavn przyznał im się, że zna się na warzeniu sera. Tytus zignorował ten fakt, ale Borys, wspominający swe młodzieńcze lata spędzone na stepach Rusi, zatęsknił za pasterskim serem. Udał się do Przecława i jął go nagabywać o wykorzystanie umiejętności Madziara.

Zarządca następnego dnia wziął niewolnego do swej chaty i wypytał dokładnie o umiejętności. Wezwał też Tomiczka, który parę tygodni temu skończył prace nad warsztatem i przebudowywał chatę Isztvana. Madziar wyjaśnił czego by potrzebował i jak wygląda proces warzenia sera. Mleka mieliby pod dostatkiem w sezonie. Niewolny wyjaśniał jak w jego okolicy przygotowywano wywar z jagnięcych żołądków, który dodany w odpowiedniej proporcji, ścinał podgrzewane mleko i „robił” ser. Znał tajemnice rzemiosła, więc Przecław nie wahał się ani chwili. Nakazał Tomiczkowi dostosować izbę wedle poleceń Isztvana, a sam uzgodnił z Ambrożem, zakup drugiego stada 20 owiec. Naradził się z Madziarami i pognał z Atyllą do Barda, gdzie wybrał i zakupił 20 czarnych jak noc owiec. Gergely nalegał by nowe stado miało czarną wełnę. Ta- niebarwiona - szłaby na tkaninę chętnie kupowaną przez mnichów z Kamieńca. W owczarni miejsca było pod dostatkiem. Najbardziej zadowolony z tej zmiany wydawał się Dworowy. Przemieniony w koguta skakał i piał wśród czarnych owieczek niczym przewodnik stada. Przecław uznał, że było to najlepiej wydane 500 srebrnych denarów.

Dalegor w sierpniowe poranki przechadzał się wśród dębów i skałek wyglądających spod gruntu w okolicach Zgromadzenia. Mimo upośledzonego Intellego Vim, raz jeden udało mi się wyczuć nagromadzenie energii, którym okazał się być niepozorny, zielonkawy kawałek skały. Ucieszony zabrał go do swego laboratorium i zaczął badać głębiej. Teoria magii mu podpowiadała, że to naturalny zbiornik Vim. Rozpoznał w kamieniu półszlachetny opal. Ułożył surowy kamień na srebrnej płytce transferowej, a oszlifowany zasobnik na złotej. Wprawił miedziane wąsy przylutowane do urządzenia w drgania, niesłyszalne dla ludzkiego ucha i rozpoczął proces transferu. Obiecał sobie, że jak tylko surowy opal opróżni się z Vis, wieczorami zacznie go szlifować, by nadać mu piękną formę.

Nie była to jedyna czynność, kórej poświęcał czas. Ciągle łamał sobie głowę jak rozwiązać problem z dzwonem w Bielawie. Oczywiście o efektach Imaginem mógł zapomnieć, to nie jego specjalizacja. Ale wszelkie modyfikacje Terram wchodziły w grę. Rozważając z Ambrożem teorie magii, doszedł do wniosku, że może przyjać trzy metody. Tłumienie dźwięku - a więc zamiana twardego spiżu w silnie tłumiący metal, na przykład ołów! Magia Muto byłaby tu przydatna. Inne metoda to zmiana gęstości metalu, którego specyficzne wykonania wywołuje wibracje i silną falę dźwiękową. Zrobił nawet kilka doświadczeń ze złotymi zapinkami do płaszcza. W istocie, gdyby zamienić spiż dzwonu w złoto - nikt by nie usłyszał jego bicia. Ostatnim dopuszczalnym pomysłem było zaburzenie prędkości dźwięku, a więc zdeformowanie rezonansu dzwonu. Gdyby zamienił spiż w cynę - żaden dźwięk nie rozszedł by się dalej niż na kilka kroków. No i cynowy dzwon albo by szybko się odkształcił, albo zupełnie rozpadł. Ambroż nie komentował teorii Dalegora, każdą uznając za prawdopodobną. Jednakże sposób ukształtowania energii magicznej i trudność wykonania takiej operacja - zwłaszcza posługując się magią spontaniczną - to już zostawił olbrzymowi do analizy i opisania. O ile oczywiście nie była to płocha zabawa, a rzeczywiste naukowe rozważania.