To jest stara wersja strony!
Wiosna AD 1225
Sezon wiosenny obejmuje miesiące: marzec, kwiecień i maj
Interludium
Przeor Mikulasz leżał złożony gorączką. Opat od kilku dni gościł u brata w Pogorzeli, jak tylko do klasztoru przybył kurier z niepokojącymi wieściami. Od owej pamiętnej listopadowej nocy, gdy opat ponoć widział spadającą gwiazdę, gdy odczytał to jako przestrogę od Boga, gdy przeleżał trzy dni krzyżem w pustej, zimnej celi, zmienił się diametralnie. Częściej modlił, częściej czytał - zużywając dwa razy więcej świec niż wypadało. I częściej jeździł do brata Janusza. Mikulasz miał teraz więcej czasu na rozmyślania. Obowiązki przejął pod-przeor Wit. Gorączka nie była dokuczliwa, ale osłabiała ciało. Mikulasz rozważał, czy zmiana opata miała związek ze sprawą świętej pamięci komesa Sobiesława i jego syna Gniewka, czy bardziej duchowe tło i lęki Wincentego związane ze znakami bożymi.Po powrotach z Pogorzeli zwykle bywał zatroskany i w złym humorze, jak człowiek, który więcej pamięta, niż chciałby pamiętać. Noce spędzał na modlitwach. Dnie na umartwianiu się, lekturze i surowym zarządzaniu opactwem. Nakładał pokuty surowsze niż przewidywała reguła, jakby bał się, że zwykłe środki nie wystarczą. Nie zwierzał się Mikulaszowi. Ale stary przeor czuł w kościach, że sprawa sięga ludzi możnych i nie jest wolna od trosk tego świata, które zwykle trzyma się z dala od murów klasztoru.
Grudniowy ranek był bezwietrzny, a trakt między wzgórzami pusty, jakby nawet zwierzyna zeszła z drogi przed czymś, co miało nadejść. Dwaj zamaskowani konni i spieszona czeladź podróżowali wolno, z sakwami ciężkimi od niedawnego łupu. Rozmawiali półgłosem, częściej jednak oglądając się za siebie niż przed siebie. Dostrzegli go późno. Jechał samotnie, bez zbroi, na dobrym koniu, jak ktoś, kto nie zwykł ustępować drogi. Nie przyspieszył, nie zwolnił. Gdy się zbliżyli, spojrzał na nich spokojnie, jakby ich oczekiwał. Pierwszy z rycerzy zaklął, sięgnął po miecz i dał znak do ataku. Wtedy tamten przemówił. Nie podniósł głosu, a jednak słowa spadły na nich jak głaz: zeszli z koni i rzucili broń. Uczynili to, nim którykolwiek zdołał pomyśleć, dlaczego. Jeden tylko zawahał się na moment, lecz i on ugiął kolana, jakby odebrano mu siłę. Nieznajomy zsiadł powoli. Przeszedł między nimi, nie dotykając nikogo. Przy przywódcy zatrzymał się na dłużej. Coś powiedział ciszej, tak że inni nie dosłyszeli, lecz od tej chwili tamten patrzył na niego inaczej — nie jak na człowieka, lecz jak na pana. Potem wsiadł z powrotem i odjechał, nie oglądając się za siebie. Długo jeszcze nikt się nie poruszył. Gdy wreszcie podnieśli się z ziemi, jeden z ludzi przysiągł, że sakiewki są cięższe niż przedtem. Inny twierdził, że to tylko strach mąci im głowy. Lecz przywódca milczał i wpatrywał się w znikający za nimi trakt, jakby szukając w nim drogi, której wcześniej nie znał.
Peter Schwartz - albo Czarny Pietrek - jak go wołali śląscy czeladnicy, niedawno świętował swoje 13 urodziny. Ciężko pracował w świdnickiej odlewni u Guntera Glockmeistera, cechmistrza ludwisarzy, nosząc kosze węgla do dymarki i obsługując miechy. Dziś była niedziela. Z trudem zmył sadzę z rąk, choć z paznokciami i tak sobie nie poradził. Ubrał się w białą koszulę i czarny, cechowy kubrak. Spieszył się na mszę do św. Apostołów. Ale bardziej myślał o tym, że po mszy umówił się z Janą, córką kasztelańskiego pisarza, że wymkną się z grodu przez bramę Strzegomską, by pomyszkować w chaszczach nad brzegiem Bystrzycy. Gdy wmieszał się w tłum wiernych i wchodził przez wrota kościoła do nawy, świetlisty cień z pasmami jasnych wstęg przeniknął mury świątyni, uważnie strzegąc kroków chłopca. Proboszcz Jan zaintonował Gloria Patri i przyklęknął przy ołtarzu.
Marzec 1225
Alba Amnis
Drugiego dnia marca Ambroż, Bohumil i Dargaude powrócili do Alba Amnis po długim zimowaniu w Łęczycy. Podróż przebiegła bez większych przeszkód, choć drogi pozostawały rozmokłe po ustępujących śniegach, a przeprawy przez mniejsze cieki wodne wymagały ostrożności. Gdy więc przekroczyli bramę Zgromadzenia, nie tracili czasu na rozmowy i rychło udali się na spoczynek. Dopiero nazajutrz, trzeciego dnia marca, zgromadzili się przy wspólnym śniadaniu w Sali Obrad. Tam też Dalegor zdał princepsowi szczegółową relację z wydarzeń, jakie miały miejsce podczas ich nieobecności. Omówił stan gospodarstwa, postępy prac oraz bieżące potrzeby Zgromadzenia. Wspomniał również o wizycie Hermana z Bielawy, który przybył z prośbą o pomoc w rozwiązaniu narastającego problemu wilków napadających na stada i samotnych podróżnych. Saski rycerz utrzymywał, iż zwierzęta stały się wyjątkowo śmiałe i coraz częściej podchodziły pod ludzkie osiedla.
Co więcej, Herman zwrócił się z osobną prośbą dotyczącą osoby Tomiczka, cieśli Zgromadzenia. Budowa kościoła w Bielawie postępowała wprawdzie zgodnie z zamierzeniami, lecz wymagała doświadczonego cieśli przy wznoszeniu więźby dachowej. Zasadźca zamierzał też rozpocząć budowę karczmy przy trakcie i zaangażować tam Tomiczka na kilka miesięcy. Ambroż uznał, iż sprawa zasługuje na rozważenie, zwłaszcza że utrzymywanie dobrych relacji z Bielawą pozostawało korzystne dla obu stron. Zasugerował, by w zamian za pracę Tomiczka, zatrudnić wyrobników z Bielawy do prac budowlanych dla Zgromadzenia.
Jeszcze tego samego dnia Karin poprosiła princepsa o prywatne posłuchanie. Ambroż przyjął ją w swojej komnacie, gdzie wiedźma przedstawiła kilka spraw, które uznała za istotne. Najpierw wspomniała o Dalegorze. Zauważyła, iż olbrzym darzy ją szczególną sympatią, wynikającą bardziej z prostoduszności niż rzeczywistego rozeznania sytuacji. Karin nie kryła przy tym, że podobne zainteresowanie nie mogło znaleźć wzajemności. Ambroż wysłuchał tej uwagi bez komentarza, uznając ją raczej za sprawę prywatną niż przedmiot decyzji Rady.
Karin wyjawiła też, że spędzając czas z niewiastami w Zgromadzeniu poznała znaczną część przeszłości Tomiry i uważa, iż doskonale odnalazłaby się w prowadzeniu domu uciech pod Jaworem, który od lat pozostawał pod jej pieczą i pieczą jej brata. Zaproponowała więc, by Tomira opuściła Alba Amnis jeszcze tej wiosny i udała się do jej brata, oczywiście z listem polecającym, który Karin zamierzała napisać. Zdaniem wiedźmy rozwiązanie takie przyniosłoby kilka korzyści jednocześnie. Po pierwsze Tomira zniknęłaby z oczu opata i duchownych coraz żywiej interesujących się sprawami Zgromadzenia. Po wtóre mogłaby rozpocząć nowe życie w miejscu odpowiadającym jej umiejętnościom. Po trzecie zaś pozostawałaby związana z Alba Amnis, przekazując od czasu do czasu informacje mogące okazać się przydatnymi.
Ambroż rozważył propozycję i uznał ją za rozsądną. Postanowił przygotować odpowiednią historię dla postronnych, tak aby odejście Tomiry nie wzbudzało zbędnych pytań. Karin zaś zobowiązała się napisać list do brata i powrócić do sprawy już po naukach w Rożnovie. Zdradziła Ambrożowi, że zamierza zmienić wygląd Tomiry przy użyciu magii, ostatecznie zacierając ślady jej dawnej tożsamości.
Rozmowa zeszła na przyszłość innych mieszkańców Zgromadzenia. Karin zauważyła, że Mojmira i Dargaude wykazują wiele podobieństw charakteru oraz usposobienia. Mogliby więc stworzyć zgodne małżeństwo. W sprawie Borysa radziła natomiast szukać związku wśród możniejszych rodów rycerskich. Potomek Rurykowiczów mógłby bowiem pozyskać znaczące dobra ziemskie poprzez odpowiednio zawarte małżeństwo, a szlachcianka zyskałaby zaszczyt związania się z rodem książęcej krwi. Ambroż nie podjął w tej kwestii żadnych decyzji, wszelako uznał uwagi Karin za godne zapamiętania.
Tego samego dnia o rozmowę w cztery oczy poprosił również Atylla. Madziar nie krył niepokoju o bezpieczeństwo Alba Amnis. Wskazywał, że Odomir był już człowiekiem niemłodym, Gosława większość czasu poświęcała dziecku, a Mściwój nie należał do wprawnych jeźdźców. Tymczasem coraz częściej trzeba było przewozić cenne towary znaczącej wartości - tu wspomniał o napaści jakiej doznali w zeszłym roku na trakcie z Rychbachu. Atylla przypomniał również o dwóch swoich rodakach, którzy zostali wcześniej oddelegowani do pracy u rymarza w Rychbachu, młynarza pod Świdnicą, a i o Isztvanie, który pomagał Tytusowi. Jego zdaniem większy pożytek przyniosłaby ich służba zbrojna niż skromny dochód z wykonywanego rzemiosła. Ambroż przyznał mu rację. Polecił więc niezwłocznie sprowadzić obu Madziarów z powrotem do Alba Amnis i przywrócić ich do drużyny zbrojnej. Jedynie tkacz miał pozostać przy swoim fachu, albowiem jego praca przynosiła wymierne korzyści gospodarcze.
Magowie naradzali się wspólnie po wczesnym obiedzie. Bohumil zobowiązał się zająć sprawą wilków nękających okolice Bielawy. Zamierzał najpierw zbadać naturę zagrożenia, nie wykluczając ani zwykłych drapieżników, ani wpływu Faerie, których obecność wielokrotnie odczuwano w pobliskich lasach. Dalegor natomiast poruszył kwestię znacznych ilości złota pozostających dotąd poza obiegiem handlowym - nawiązując do swoich badań na zaklęciem Dotyku Midasa. Rada uznała, iż należy stopniowo upłynniać część zgromadzonych zasobów, czyniąc to jednak ostrożnie, by nie wzbudzać niepotrzebnego zainteresowania książęcych urzędników, poborców myta ani kościelnych kolektorów. Rozmawiano również o przyszłości Karin. Ambroż dał do zrozumienia, że przed jej planowanym powrocie do Alba Amnis będzie skłonny rozważyć budowę odpowiednich komnat mieszkalnych oraz laboratorium, odpowiadających pozycji maga Zakonu Hermesa. Nie składał jednak formalnej obietnicy, pozostawiając sprawę przyszłym decyzjom Rady. Na koniec Dalegor oznajmił, że zamierza udać się wraz z Karin do Rożnova i doprowadzić do spotkania wszystkich zainteresowanych stron. Uważał bowiem, iż wiele nierozstrzygniętych kwestii wymaga osobistej rozmowy, a nie wymiany listów i posłańców.
Dzień miał się zakończyć od dawna wyczekiwanym wydarzeniem - ochronnym rytuałem Aegisa. Ambroż rozkazał zebrać wszystkich mieszkańców. Ruszył na czele pochodu, ściskając w lewej dłoni kryształ z potrzebnym zasobem Vis Vim, który zamierzał przepuścić przez swoje ciało w trakcie tkania rytualnej osłony Zgromadzenia. Tylko tak, mógł utrzymać zaklęcie przez najbliższy rok…
Po jego prawicy i lewicy, dumnie kroczyli Dalegor i Bohumil, Karin trzymała się zaraz z boku. Borys, Jaromir i Dargaude szli w drugim szeregu, wokół nich Przecław, Odomir, Atylla i kobiety z czeladzi z małym Konstantym. Kilka kroków dalej Tytus prowadził resztę grogów. Obok Mili dumnie kroczyła Żywia z zadartym po kociemu ogonem. Pochód zamykała rodzina Borsuków i radośnie ujadający Noster - pasterski owczarek, dar od Ścibora, psiarczyka w służbie świętej pamięci komesa Sobiesława. Za nimi, sunął wśród opadłych gałązek i lichej marcowej trawy koguci łeb z wężowym ciałem. To Dworowy w jednej ze swoich postaci zaciekawiony zamieszaniem, postanowił wziąć w nim udział.
Ambroż wybrał długą drogę, obchodząc ścieżką od jednego magicznego dębu, do drugiego. Gdyby spojrzeć z góry, otaczały one polanę i jodłowe zagajniki dokładnie na planie pięciokąta. Gdyby rozciągnąć między nimi linie - utworzyły by gwiazdę pentagramu, z szczytem wskazującym dokładnie północ. Częstokół Zgromadzenia byłby prawie w samym środku tej figury. Kończąc rytuał Ambroż zatrzymał się i zaczął przemawiać do czeladzi, by podnieść wszystkich na duchu, podziękować za trudy i nakreślić świetlaną przyszłość. Nie zdążył jednak skończyć, gdy dało się słyszeć coraz głośniejszy huk. Ziemia zaczęła lekko drżeć. Zadarli głowy, bo nad polaną przeleciała z hałasem gorejąca kula ognia, ciągnąc za sobą ogon czarnego dymu. Śmigała z rykiem ku północnemu zachodowi. Dargaude w przytomności umysłu, użył swych mocy by przyjrzeć się zjawisku swoim ferrycznym zmysłem widzenia niewidzialnego. Darem dawnych bogów, jaki buzował mu we krwi. Iście, podłużny, może nawet jajowaty kamień rozbłyskiwał niebieską aurą magii, niesiony silnym pchnięciem mocy - takiej, jakiej trudno było sobie wyobrazić. Trwało to może 10 uderzeń serca. Ale wzbudziło nie lada popłoch wśród czeladzi. Ambroż usiłował uspokoić wszystkich i zapewnić, że Magowie zbadają to zjawisko. Zakończył tedy rytuał i czym prędzej schronił się ze wszystkimi w bezpieczne zabudowania Zgromadzenia.
Oczywiście Bohumil nie byłby sobą, gdyby nie zaoferował się natychmiast zadziałać i podążyć za dymem i pożogą, bo takie zjawisko prędzej czy później musiało zakończyć swą podróż efektowym zderzeniem z ziemią. Pognał do drewnianej ambony, przybudowanej do Sali Obrad. Wspiął się na platformę, rozdział do goła i przemienił w wielkiego bielika. Wzbił zaraz nad szczyty zielonych jodeł, zatoczył dwa koła nad Bielawą i poszybował na północ.
Świdnica
Orlim wzrokiem z oddali widział strzelający w niebo dym. Dobre 30 mil od Zgromadzenia. Poszybował nad Peterswaldau, nad kamiennym dworem, folwarkiem i chatami poddanych rycerza Ottona. Śmigał jak strzała nad trzema wioseczkami Leutmannsdorf: Nieder, Ober i Kleine. Tylko Górna Lutomla - jak zwali wioskę Ślązacy, należała do pana Otton, dwie pozostałe były w dziedzinach rodów von Seidlitz i von Rothkirch. Ale to nie obchodziło Bohumila. Widział już częstokół Świdnicy i dolna, dzierżoniowską bramę. Ale dym wzbijał się po północnej stronie grodu. Mag wzbił się jeszcze wyżej, konstatując że słońce już dotyka szczytu góry Chełmiec, daleko na zachodzie. Ominał więc gród krążąc nad wartkim i rozlanym ciekiem Bystrzycy i zniżył się nad północne podgrodzie, za Bramą Strzegomską.
Ludzie biegali tam i siam. Dym wzbijał się z magazynu ludwisarzy, których warsztaty i zabudowania wznosiły się blisko traktu wrocławskiego. W jednej z rotundowych budowli ziała poteżna dziura w dachu krytym glinianą dachówka. Zapewne to i fakt, że bogaci ludwisarze nakazali porządnie zbudować swoje officinae z kamienia lub cegły, sprawiły, że pożar nie rozszedł się po całym podgrodziu. Bohumil pokrążył kilka chwil nad podgrodziem, notując szczegóły i zawrócił na południe, ku Sowim Górom.
Alba Amnis
Bez wahania, kolejnego poranka, Ambroż, Dargaude, Jaromir i Atylla załadowali się na wóz i ruszyli w dół ku Bielawie. Zamierzali czym prędzej dotrzeć do Świdnicy, by naocznie zbadać bieg wydarzeń. Wyjechali z Bielawy drogą ku Rychbachowi by, omijając gród, wkroczyć wprost na trakt wrocławski. Marcowa mżawka siąpiła od rana i przenikliwe zimno dokuczało, czyniąc podróż niewygodną. Błoto tryskało na końskie brzuchy, a drewniane koła wozu momentami cięły błotnisty trakt, jak ciepły nóż masło. Zwykle dotarcie przez lasy do Świdnicy traktem z Rychbachu zajmowało 6 godzin z okładem. Tym razem zamarudzili aż do wieczora, bo droga była bardzo niesprzyjająca podróży.
Świdnica
Opłacili się mytnikowi na Moście Piaskowym i przekroczyli wzburzoną i mętną Bystrzycę wprost ku Bramie Dolnej. Mieli szczęście, bo straż grodowa komesa Jarosta jeszcze nie zawarła ciężkich wierzei. Kopyta zastukały na drewnianym pomoście nad fosą i chwilę później wjechali w błotniste koleiny głównego traktu. Ambroż pogrążony w myślach do tej pory, uzmysłowił sobie jak bardzo Świdnica rozrosła się przez ostatnią dekadę. Jako chłopak, często wyrywał się z grodu przez strzegomską bramę, by buszować na podgrodziu wśród placyków, gospodarskich chałup, chlewów i stodół. Chałup już nie było. Zastąpiła je bardziej zwarta zabudowa warsztatów, magazynów i oficyn. Tu gdzie kiedyś kwiczały wieprze i gdakały kury, słychać było stukot młotków, krosień i turkot kół garncarskich.
Główna ulica tonęła w błocie. Ludzie przechodzili bokami, bo wiązkach faszyny i słomy, co i tak nie oszczędzało ich obuwia. Środkiem głównego traktu, który prowadził na świdnicki rynek, płynęła struga rozdeptanego błota, łajna i odpadków. Jaromir zręcznie lawirował to na lewo, to ku prawej stronie, co i rusz wzbudzając okrzyki przechodniów. W końcu wyjechali na szeroki, brukowany rynek upstrzony pustoszejącymi straganami i wozami. Od zachodu rynek zamykały drewniane budynki kasztelanii, z całkiem wysokim stołpem. Jako że ściemniało się coraz bardziej, zajechali do największej gospody w grodzie, sąsiadującej od północy z placem targowym - Pod Srebrnym Niedźwiedziem. Ambroż, nie czekając aż czeladź podejdzie wyprzęgać konie, pożegnał się z druhami i oznajmił, że idzie odwiedzić dom rodzinny. Daleko nie miał, wejść musiał jedynie w błotnistą ulicę, równoległą do Długiej, którą przyjechali i przejść ze dwieście kroków w stronę Kościoła św. Apostołów…
Jaromir wziął na siebie przewodzenie grupie. Zabrali sakwy, pomogli przepchnąć wóz do wozowni przy karczmie i weszli do środka. Zaduch i swąd, a nadto gwar nadzwyczajny przywitał ich od progu. W rzeczy samej to wielki jak dąb, niemota, z solidną lagą pod pachą przywitał ich tępym spojrzeniem, ale rychło Jaromir wkroczył do środka, zmierzając do jedynego, mniej obsiadłego przez tłuszczę stołu, rozpychając się łokciami na lewo i prawo. Wnet rumiana służka, której pot przykleił gruby jasny warkocz do karku, podeszła do nich z wielką drewnianą michą kaszy ze skwarkami i wieprzową wędzonką. Porachowała, wetknęła w kaszę cztery łyżki i przekrzykując ciżbę zapytała się czy podać im piwo. Jaromir przytaknął, wołając marcowe świdnickie - poza ciemnym jęczmiennym z Rychbachu, ten świdnicki trunek był jego ulubionym. Wpierw nasłuchiwali jeno opowieści. Potem sami zaczęli pytać, bo wszakże pytać było o co. Oto czego się dowiedzieli.
Po wydarzeniach z lipca 1224, kiedy to w Bielawie, dzwon który ufundowała księżniczka Anna a cech świdnicki wykonał, spadł na głowę nieszczęsnego proboszcza, plotki i pomówienia zaczęły ciążyć nad cechem ludwisarzy. Mistrz cechowy - Gunter Glockemeister był bardzo zafrasowany poselstwem jakie otrzymał od młodego księcia Henryka z groźbami odebrania przywilejów i nakazem zadośćuczynienia za śmierć klechy u biskupa wrocławskiego. Ludzie powiadali, że były w tym sprawki piekielne i smród herezji, który ponoć ciągnął się za magdeburskim klechą. Cechmistrz poważnie się tym frasował. Osobiście prosił biskupa Laurentiusa o audiencję. Obdarował biskupstwo sutym datkiem, ale poprosił o wsparcie kogoś z kapituły, by przybył do odlewniu i przeprowadził tam egzorcyzmy. Biskup wysłał naonczas ojca Konrada, italczyka, cystersa z Lubiąża, który był mężem światłym i cnotliwym.
Sprawa nieco ucichła, więc ludwisarze wyprosili u księżniczki Anny dodatkowe fundusze na jesień łońskiego roku. Zebrali odpowiednie materiały, wytopione sztaby rudy dotarły przed mrozami. Robotę nad nowym dzwonem do Bielawy rozpoczęli zaraz po godach. I wtedy zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Trzeciego dnia marca przy ogromnym huku z nieba spadł wprost na dach magazynu odlewni ognisty pocisk. Rozwalił cały dach, który stanął w płomieniach. Na szczęście mury były ceglane. Okazało się że ten ognisty pocisk był wielką, owalną bryłą metalu, która niczym strzała przebiła dach magazynu. Bryła ponoć wbiła się w klepisko na ponad metr, niszcząc zapas gliny formierskiej. Nie wiadomo było wówczas co z tym zrobić! Zrazu to jedni zaczęli gadać o karze boskiej, inni o cudzie. Nazajutrz proboszcz z kościoła pod wezwaniem św. Apostołów - wygłosił naonczas płomienne kazanie, w którym zapowiedział, że to Metatron - książę Serafinów zesłał ten niebiański metal by “napomnieć ludwisarzy o karze bożej i zadać im pokutę” ale i by “podarować błogosławiony surowiec do wzmocnienia świętego dzwonu”. A dzień później proboszcz Jan zalecił by wydobycia dokonali wyłącznie pobożni rzemieślnicy pod jego liturgicznym nadzorem. I miał się to stać, przy zachowaniu wszelkich kościelnych ceremonii siódmego dnia marca.
W tym samym czasie Ambroż zasiadał już do wieczerzy w rodzinnej jadalni. Jak tylko zapukał do drzwi, szwagierka Weronka, z kupieckiego rodu z Hradca, ledwo co go poznała. Ani ojca, ani brata Ambroża nie było jeszcze w domu, za to cała trójka bratanic, dziecięcym instynktem przywabiona do sieni, z zaciekawieniem przyglądała się stryjowi. Najstarszą, 10-letnią Janę, Ambroż pamiętał jako wrzeszczące niemowlę. Dwie pozostałe bratanice, Christinę i Sylgi widział pierwszy raz na oczy. Weronka - zaskoczona tak niezapowiedzianym najściem - zaraz wciągnęla go do kuchni i wzięła na przepytki.
Ambroż w końcu doczekał się powrotu Michaela i Nikolasa. Starszy ze Schreiberów, pisarz przy kasztelanie, całkiem już był siwy, mimo, że do 6 krzyżyków co nieco mu brakowało. Wzrok mu słabował i dyktował jeno akademicką łaciną listy, ukazy i poruczenia komesa Jarosta. Pisał zaś to wszystko Nikolas, brat Ambroża, 6 tylko roków starszy. WPierw Ambroż musiał opowiedzieć, co też działo się przez ostatnich 8 lat, po tym jak salwować się musiał ucieczką ze świdnickiego podgrodzia, pomylony z Sifridusem de Haugwitz, na którym ciężkie gravamina ciążyły za pohańbienie norbertanek z Greiffenberga. Potem, mag zaczął rozprawiać z rodziną o ostatnich wydarzeniach w Świdnicy. Stary Schreiber martwił się najbardziej bałaganem w grodzie. Wieść o anielskim kamieniu rozeszła się w mig. Zaraz też gromady ciekawskich, ale takoż i pątników, zaczęły pojawiać się na świdnickim podgrodziu, za bramą strzegomską. Ani jeden, ani drugie nie wierzyli do końca, że to anielska interwencja wybiła dziurę w dachu magazynu Glockmeistera. Komes był równie ostrożny, wadziło mu, że w tłumie rozmodlonych łazęgów, dwa razy więcej rzezimieszków się trafi, a robota ludwisarzy stoi w miejscu przez malignę proboszcza Jana, z którym swoją drogą serdecznie się niecierpiał. To od brata Ambroż się dowiedział, że świdnicki proboszcz czym prędzej wysłał gońca do biskupa Wawrzyńca, by ten wysłał do grodu tegoż samego mnicha, który egzorcyzmował ludwisarnię. Tym razem miałby ocenić świętość kamienia i potwierdzić anielski dar.
Noc Ambroż spędził w wygodnym łóżku w rodzinnym domu i zaraz po śniadaniu pobieżał pod Srebrnego Niedźwiedzia. W istocie, wszystkie ławy były obsiedzone. Z trudem dostrzegł czarny łeb Atylli i śnieżnobiałą czuprynę Dargaude między którymi Jaromir gadając coś wymachiwał łyżką. Zebrali do kupy co udało im się wywiedzieć. Jaromir miał wczoraj jeszcze szalony plan, żeby po nocy wejść do magazynu przez dziurę w dachu - na szczęście kramy dawno już pozamykano i nie mógł zakupić solidnej liny. Za insynuacją Dargaude patrzyli nieco inaczej na ów „święty” kamień. Raczej jak na źródło całkiem pokaźnego zasobu Vis.
Przed południem udali się więc, z całym tłumem, na podgrodzie. Przy magazynie ludwisarzy, teraz strzeżonym przez dziesiątkę komesowych knechtów. Proboszcz Jan, gęsto okadzony kadziłem, prowadził celebrację. Sam wybrał dziesiątkę najbardziej godnych rzemieślników i mieszczan. A więc i cechmistrza świdnickich browarników, książęcego poborcę opłat targowych, starego Nikodema - armigera komesowego i kilku innych ważnych. Weszli oni do magazynu i przy wtórze śpiewów zamknięto za nimi drzwi. Dzwony przy kościele biły bez przerwy, szczęściem wiatr niósł ich jasny dźwięk i tu, na podgrodzie. Wkrótce więc wykopano kamień, umieszczono na dębowym stole okrytym białym obrusem i otwarto drzwi. Proboszcz Jan ogłosił magazyn miejscem bożej uwagi - Locum Sanctum i nakazał ludwisarzom, by za dnia ów przybytek był otwarty, dostępny dla wiernych choć pod strażą grodowych milites. Zabronił komukolwiek dotykać anielską łzę świętokradczymi rękami. A po zachodzie słońca magazyn miał być zamykany i trzymany pod strażą.
Po celebracji, gdy już do wejścia ustawił się długi sznur wiernych, chcących nasycić oczy widokiem anielskiego kamienia, Ambroż wrócił do grodu i udał się w stronę Dolnej Bramy do kościoła św. Apostołów. Chciał porozmawiać z proboszczem. Ten owszem, przyjął go grzecznie. Rozmowa była uprzejma do chwili, kiedy Ambroż się zdradził wiedzą o ojcu Konradzie, który jakoby miał przybyć z Wrocławia. Proboszcz zagniewał się bardzo, że postronni znają jego tajemnice i choć nie dał po sobie wiele poznać, zakończył dysputę i wezwał ojca Floriana, wikarego, by ten odprowadził Ambroża precz.
Dopiero nazajutrz nastąpiły doniosłe wydarzenia. Przybył ojciec Konrad, italczyk i biskupi teolog. Cysters z Lubiąża. Towarzyszyło mu kilku biskupich zbrojnych, a grodowi knechci musieli rozpędzić zbierający się tłum, by uczynić miejsce biskupiemu wysłannikowi i dać mu przestrzeń do teologicznego badania. Mnich podjechał na chudym mule pod sam magazyn. Zignorował proboszcza, który próbował go przywitać potokiem słów o bożym błogosławieństwie i darze serafina Metatrona. Wszedł do środka i spędził tam kilka pacierzy. Wyszedł i zwrócił się do zebranych w polskiej mowie: „Biskup Wawrzyniec przysłał mnie, bym oddzielił ziarno od plew. Ten kruszec… skądkolwiek by nie spadł na świdnicką ziemię, nie ma w sobie żadnej świętości. Nie znalazłem potwierdzenia, by był to anielski kamień, darowany z bożej łaski.”
Tłum zaszemrał. Zrazu cicho, potem coraz głośniej i natarczywiej. Ktoś zaczął krzykiem podjudzać zebranych, wkrótce w stronę Konrada zaczęły lecieć bryły gliny i łajna. Biskupi knechci musieli osłaniać mnicha tarczami i zrejterowali do grodu, do komesa Jarosta ścigani okrzykami tłumu, który zarzucał klesze fałszywe świadectwo, biskupią zawiść i nieuctwo. Przy magazynie został tylko proboszcz Jan - wydawałoby się zadowolony z przebiegu wypadków, kilku rzemieślników, grupa komesowych strażników i cały tłum rozemocjonowanych mieszczan i pątników. Ktoś zaintonował Agnus Dei, ktoś inny Miserere.
W samo południe zdarzył się rzecz jeszcz dziwniejsza. Gwar i śpiewy tłumu nagle ucichły. Od strony traktu na Rychbach nadjechał orszak, jakiego Świdnica nie widziała od pokoleń. Na potężnym, białym ogierze jechał rycerz w kolczudze, która w blasku marcowego słońca lśniła niczym szczere złoto. Za nim, dzięsięciu rycerzy w czarnych tunikach, bez znaków narzuconych na kolczugi i czarnych płaszczach. Pochód zamykał wóz ciągnięty przez czwórkę koni i kilku ciurów w czarnych przeszywanicach. Rycerz mógł mieć na oko trzy krzyżyki. Jasnowłosy, bez hełmu za to ze złotym diademem na skroniach. Z gracją zeskoczył z siodła. Wszyscy patrzyli nań z uwagą ale i zachwytem. Odezwał się donośnym, silnym głosem: „Ludzie Śląska! Bracia mojej krwi! Przybywam jako Ziemowit, syn Piasta, by odebrać to, co niebiosa rzuciły na moją ziemię. Ten kamień nie należy do biskupów, co kłaniają się obcym królom. Ni do fałszywych książąt. To Serce Ziemi, które wykuto dla prawdziwego dziedzica tej korony! Tedy pozwólcie, że zabieram co moje.” - wszedł do magazynu i ku zdumieniu wszystkich, wyszedł po chwili dźwigając w dwóch wyciągniętych rękach ów niebiański kamień, którego dziesięciu chłopa z trudem wydobyło z ziemi. Tłum rymnął na kolana krzycząc o cudzie i płacząc z radości. Ziemowit ułożył kamień na wozie i ruszył w drogę powrotną. W ciszy i zdumieniu.
Cisza i zdumienie trwała długo. Ambroż - choć nie klęknął, miał wrażenie spotkania z siłą potężną, wręcz przytłaczającą. Część ludzi, w tym również Dargaude, ruszyła za wozem, z kościelną pieśnią na ustach. Reszta tkwiła długo w osłupieniu. Nim ludzie zaczęli dochodzić do siebie, minęło kilka pacierzy. Ambroż nie podążył za Dargaude, wierzył, że Prus sam otrząśnie się z uroku i wróci do Świdnicy. Wsparł się o ścianę warsztatu i obserwował sytuację. Proboszcz Jan, który na równi z mieszczanami padł na kolana przed Ziemowitem, wpierw długo wykrzykiwał o wysłańcu anielskim, o wybrańcu Metatrona, ale czynił to coraz słabiej. W końcu, po dłuższej chwili spędzonej w pustym magazynie, wyszedł blady na twarzy i zaczął szeptem powtarzać „świętokradztwo!” Chwiejnym krokiem, potrącany przez postronnych, ruszył ku świdnickiej plebanii podtrzymywany przez wikarego Floriana.
Bolko, dziesiętnik straży, dopiero po wyjściu kapłana z pustego magazynu otrząsnął się z bezwładu. Ambroż widział jak na obliczu starego wojaka grają emocje. Finalnie, to strach wziął górę i dziesiętnik na trzęsących się nogach pobiegł w stronę rynku, do komesowej kancelarii zapewne. Ambroż podążył za nim, był ciekaw reakcji Jarosta.
Alba Amnis
Dla całej rodziny Borsuków ostatnie noce i dzisiejszy dzień były bardzo pracowite. Maciorki z obu stad jakby się umówiły i zaczęły rodzić jagnięta jedna za drugą. Kasper musiał odwołać Kryspina od tkackich warsztatów - swego najstarszego, by pomógł im w tym narastającym chaosie. Borsukowa żona, Jadwiga, pobiegła o świcie do Zgromadzenia, prosić Mojmirę o pomoc. Ta tyle co rozbudzona, najpierw ofukała chłopkę, ale potem narzuciwszy na giezło futro, zabrała Konstantego i bezceremonialnie zaprowadziła go do śpiącego Borysa. Kniaź otworzył jedno oko i przewrócił na drugi bok. Mojmira zaś wrociła do swojej komnaty zabrała wypieczony wczoraj kołacz i popędziła do zagrody Borsuków. Między owczarnią a stodołą, chodząc w krąg zaczęła kruszyć kołacz, śpiewając dziwną pieśń. Wkrótce ze stodoły, oprószony resztkami siana wyszedł dostojnym krokiem czarny kogut. Przekrzywił łeb patrząc na Mojmirę. Ta, nisko się skłoniła i poprosiła Dworowego o pomoc przy owcach. W mgnieniu oka kogut przeobraził się w pokraczną, niską istotę z długimi włosami i haczykowatym nochalem. Krocząc dumnie do owczarni powiódł za sobą obie niewiasty.
Karin skończyła pakować swoje rzeczy. Od wczoraj nalegała by ruszyli z Dalegorem czym prędzej. Jednak wielki mag zwlekał. Tłumaczył że pieszo nie pójdzie do Rożnova, a wóz zabrał Ambroż do Świdnicy i muszą czekać. Irytowało to czarownicę. Napisała list do brata, z wyjaśnieniami i prośbą by odpowiednio obszedł się z Tomirą. Poinstruowała ją jak ma postępować z każdą z dziewczyn. I jak postępować z bratem.
Isztvan przypasał szeroki tasak do swojej przeszywanicy, zarzucił sakwę na plecy i dziarsko pogwizdując schodził dróżką ku Bielawie. Graby i klony jeszcze bezlistne, wyciągały mokre gałązki ku niebu. Świerki sypały gęste krople wody przy byle podmuchu. Ale Madziar nie zważał na pogodę. Szedł do Rychbachu do szewca Maćka. Szedł z rozkazem od Princepsa, by Antol, jego kompan, powrócił czym prędzej do Zgromadzenia. I zamienił szydło na włócznię i miecz. Isztvan zaczynał uważać, że wszystko zmierza w dobrą stronę i w końcu zajmą się tym, czym zajmowali pod rozkazami Atylli - wojaczką. Wychodził właśnie na porębę, gdzie bielawscy Sasi pokrzykiwali do siebie przy wyrywaniu korzeni ściętych drzew, gdy ujrzał Przecława jadącego pod górę na swoim siwku. Zdjął czapkę i pochylił się w powitaniu, „ju nopot kivanok, Przecław ur!”. Zarządca się skłonił „Iszten aldjon!” - odparł prawie bez akcentu…
Przecław wracał z Bielawy, stromą drogą ku Zgromadzeniu. Był rozmówić się z Hermanem - czy też teściem - jak już nazywał Sasa w myślach - w kwestii Tomiczka i budowy kościoła. Princeps zgodził się na prośbę sołtysa. Tomiczek miałby na wiosnę i lato zająć się więźbą i pokryciem naw kościoła. A przy okazji wybudować porządną karczmę w Bielawie. W zamian, latem i jesienią kilku bielawian miałoby pomóc Tomiczkowi w budowie nowych zabudowań Zgromadzenia. Rozważał też przygotowania do ślubu z Anne. W lipcu będzie rok od zrękowin, więc czas ku zawarciu małżeństwa zbliżał się nieubłaganie. Przecław zostawił też u Hermanna list do kasztelanii strzegomskiej, do komesa, który był ojcem Przecława.
Landeshut
Dargaude ocknął się z dziwnego stanu późnym wieczorem, wiele mil od Świdnicy, gdzieś na skraju traktu. Ciemniało. Na wzgórzu ujrzał górującą zamkową wieżę. Czym prędzej ruszył ku zabudowaniom podgrodzia, gdzie ujadały psy i słychać było pracę kowala. Na szczęście osada miała spory zajazd w którym można było przenocować, a w którym gościło naonczas wielu przejezdnych. Osada nazywała sie Landeshut, a wieża, którą widział z dołu była częścią strażnicy, wybudowanej przed dekadą na rozkaz księcia Jędrzycha.
Zimny wiatr go otrzeźwił i zaczął rozsądnie myśleć o wydarzeniach ze Świdnicy. Wpierw chciał się jednak upewnić, że to nie czary, i że tutejsi też widzieli orszak. A jakże, karczmarz potwierdził że orszak był złożony z 10 konnych, wszyscy na siwkach, rosłych bojowych rumakach, wszyscy w czarnych tunikach i czarnych płaszczach bez godła. Przewodził im rycerz na zacnym koniu. A wóz był istotnie, ciągnięty przez 4 karosze, ot zwykły wóz, z dwójką ciurów.
Zamek w Landeshut pełnił funkcję strażnicy strzegącej Bramy Lubawskiej. Książę niezwykle surowo egzekwował prawo i porządek na swoich szlakach, a jego namiestnicy mieli obowiązek kontrolować wszelkie zbrojne poczty. Przejazd nieznanego rycerza z dziesięcioma zakutymi w stal towarzyszami i wozem musiał spotkać się z reakcją załogi.
Dargaude dowiedział się, że tego popołudnia dowódca strażnicy wysłał dziesiętnika z kilkoma zbrojnymi, by zatrzymali nieznany orszak i zażądali opłaty celnej oraz wyjaśnień. Potem ni stąd ni z owąd miecze poszły w ruch. W efekcie trzy trupy i kilku rannych (po stronie Landeshutu). Wysłuchał opowieści jednego z ciurów, który umknął ze szlaku na podgrodzie:
„Zastąpiliśmy im drogę. Dziesiętnik krzyknął w imieniu księcia Jędrzycha, by zeszli z koni. Ale ich przywódca, ten szlachcic w złotej kolczudze, tylko się uśmiechnął. Kiedy nasi dobyli mieczy, to nie była walka, panie. To była rzeź. Uderzyłem jednego z tych czarnych rycerzy prosto w pierś. Moja włócznia … pękła z takim hukiem, jakbym uderzył w lity dzwon, a jemu nawet nie zarysowałem oczek na kolczudze! Dziesiętnik ciął wodza w ramię toporem… chłop to był na schwał - świec Panie nad jego duszą - od jego ciosów pękały dębowe tarcze, ale tym razem ostrze tylko się ześlizgnęło, sypiąc iskrami. Po ramieniu! Tamci wcale nie czuli naszych ciosów, jakby żelazo odbijało się od ich pancerzy. Te ich kolcze zbroje były twardsze niż jakikolwiek kamień czy żelazo! Czegoś takiego tom w życiu nie widział… Tedy my zemknęli, a tamci poszli precz… Pan Hynek mało nas nie powiesił, ale widział wszystko ze stołpu. Zakazał iść w ślad. Jutro z rana wywiadowcy mają ruszyć skoro świt, sprawdzić kto zacz i gdzie się zaszyli…”. Dargaude postanowił więc zostać nieco dłużej w Landeshut i dowiedzieć się czegoś więcej.
Następnego dnia, a był to 8 dzień marca, wspomnienie św. Teotyka męczennika egipskiego- zwiadowcy z Landeshut potwierdzili, że zbrojni przejechali przez małą osadę Szarocin, w stronę przełęczy Kowarskiej, zapewne ją przekroczyli i rozpłynęli się w powietrzu. Dargaude czym prędzej ruszył ku Świdnicy, by rozmówić się z Ambrożem.
Świdnica
W czasie gdy Dargaude siedział w landeshuckiej karczmie, Ambroż nie próżnował. Po tym jak plac przed magazynem ludwisarzy opustoszał, udał się czym prędzej do domu ojca i brata. Żaden z nich nie był naocznym świadkiem wydarzeń, ale Michael w mig zrozumiał jakie mogą być tego wydarzenia konsekwencje. Z całą pewnością przykre, a być może i bolesne, zarówno dla komesa, jak i jego drużyny. A skoro komes ucierpi, to i jego kancelaria.
Ambroż zaproponował, że może zaświadczyć o przebiegu wydarzeń. Nikolas, pod dyktando ojca napisał list do książęcego kanclerza Idziego. Zgodnie z relacją Ambroża, opisali całe wydarzenie, nie usprawiedliwiając straży grodowej, ale też nie obciążając ich winą. Osłupienie i bezwład opanował wszystkich świadków odjazdu orszaku, tak też opisali to w liście. Ambroż nie wahał się, usiadł i najlepszą łaciną opisał swoją wersję wydarzeń. Dodał relację o nadgorliwym proboszczu, który obraził biskupiego wysłannika. Dodał sugestię, że sprawa może wymykać się spod kompetencji Kościoła i podzielił uwagą, że władza nad tłumem, oszołomienie świdniczan i indolencja straży grodowej - mogą być efektem magicznych działań, które Zakon Hermesa mógłby zbadać - za pozwoleniem Kościoła i książęcej kancelarii. Co do samego kamienia, jaki spadł z nieba - Ambroż tutaj całkowicie zawierzył opinii ojca Konrada, iż przedmiot ów nie zawierał pierwiastka świętości. Tak też opisał to w liście do kanclerza…
Jaromir w tym czasie nie próżnował. Chodził po targowisku udając, że jest zainteresowany towarami. Ale nasłuchiwał o czym to ludzie nie gadają. Tu zadał celne pytanie, tu rzucił komentarz, tu sypnął grosiwem. W końcu wrócił do karczmy, by przy kuflu marcowego zastanowić się i zebrać wszystko w całość. Już w zeszłym roku, z początkiem grudnia, plotki się rozchodziły po okolicach Lubawki, Kowar i Landeshutu. Gwarkowie, Walonowie, rudnicy i węglarze rozpowiadali historie o „jasności spod Góry” i rycerzu, który zbudził się ze snu, by upomnieć się o swe śląskie dziedzictwo. Dziwiło to kupców i handlarzy żelazem, że obdarowani przez księcia wyjątkową wolnością górnicy rozpowiadali takie plotki.
Towary trafiały na rynki Świdnicy, Waldenburga i dalej na wschód i północ. A wraz z nimi plotki. Powiadali, że wielu kupców, a i samych rzemieślników, miewało podobne, powtarzające się sny, o księciu lśniącym jak słońce, który obiecywał, że żelazo przemieni się w złoto, a nędza w dostatek.
Jaromir dociekając u kowala na podgrodziu, dowiedział się, że ów świetlisty bohater, o którym opowiadali gwarkowie, może być i Ziemowitem, który podniósł jedną ręką anielski kamień i powiózł go zapewne do Kowar. Plotka głosiła, że niemiecka księżna Jadwiga, dawno już rzuciła urok na księcia Jędrzycha, by ten oddał Śląsk biskupom i niemieckim osadnikom. Ziemowit Piastowicz miał by być tym, który przywróci dawny porządek, odbierze Sasom, Frankom i Szwabom przywileje, zrówna prawa ludu, ukróci bogacenie się biskupów i wypędzi obcych ze śląskiej ziemi. Co ciekawe ludzie nie byli rozzłoszczeni na Ziemowita, że odebrał im anielską relikwię. Skoro uniósł pięcio-funtowy kamień, to był bez wątpienia boskim posłańcem. Jaromir odniósł wrażenie, że niektórzy z podchmielonych teraz uczestników wydarzenia, są wręcz dumni z poczucia upokorzenia Wrocławia i biskupa.
Od kilku młodych mnichów dowiedział się też ciekawej historii. Ponoć pobożny uczony z Miśni kręcił się po Świdnicy jeszcze przed samym upadkiem anielskiej łzy na magazyn ludwisarzy. To on pomagał kupcom wyjaśniać ich sny o złotym rycerzu. On też potwierdził słowa proboszcza, że kamień może być anielską łzą samego serafina niebios. Powiadali też, że płacił w karczmie najczystszym srebrem, pono bitym w samej Venetii. To skierowało kroki Jaromira do najlepszej karczmy w Świdnicy.
Pił tedy kolejny kufel marcowego i jednym uchem słuchał Atylli, który opowiadał o swej służbie u króla Ondrasza. Wcześniej rozmówił się z Baryłą, właścicielem gospody. Zagadnął mimochodem o złoty kruszec, o obce monety i chwaląc się swoim znawstwem założył się z Hildebrandem, że rozpozna osiem na dziesięc monet, które ten trzyma w skarbczyku. Baryła przyjął zakład. Jaromir rozpoznał więc denary magdeburskie, którymi Zgromadzenie się powszechnie posługiwało, rozpoznał też brakteaty brandenburskie bite przez Askańczyków, czeskie denary i te krakowskie. Kilku monet nie rozpoznał i przegrał zakład, ale dokładnie wypytał co i jak. Wzrok przykuwał jaśniejący srebrem grosz wenecki. Piękny i ciężki. Baryła aż się ślinił obracając go w palcach. Mówił że to jego skarb i serce go boli, że tak piękne i czyste srebro będzie musiał wymienić w książęcej mennicy. Skąd pieniądz wenecki tutaj, tego Baryła już nie chciał powiedzieć. Przynajmniej nie od razu. Potem Jaromir się dowiedział o uczonym mnichu z Miśni, który płacił mu czystym srebrem, a do którego przychodzili liczni pielgrzymi do Anielskiego Kamienia. Ponoć ten im objaśniał sny, które nawiedzały pątników.
Jaromir szybko się zorientował w którym z gościnnych pokoi przebywa ów Miśnieńczyk. Narożny pokoik na piętrze, którego okna wychodziły na ulicę. A odkrył to nadzwyczaj prosto. Gdy Baryła odbierał od niego przegrany zakład, polecił Marcie - posługaczce, by zaniosła dzban wina pobożnemu mnichowi na piętro. Jaromir zamówił więc kolejne dwa kufle piwa i wykręcając się potrzebą odwiedzin wychodka, ukradkiem poszedł za dziewką. Ta cicho zapukała do drzwi izby zajmowanej przez mnicha. Te zaś uchyliły się. Silna dłoń, o palcach nawykłych raczej do rękojeści miecza niż do różańca odebrała dzban. Dłoń nosząca pierścień z granatowym kamieniem. Minął obojętnie dziewczynę, notując w pamięci iż ta wyraźnie była przestraszona i z ulgą wracała do gościnnej izby na dole.
Dużo później, prawie przed północą Jaromir miał okazję przyjrzeć się samemu mnichowi. Był to postawny, barczysty mężczyzna. Owszem, nosił wierzchnią szatę na wzór cystersów. I kaptur, który krył jego głowę. Ale rysy twarzy i nos miał drapieżne i zdecydowane. Bez pośpiechu wyliczał srebrne grosze Baryle. Z pogardą obserwując zachłanne oblicze karczmarza. Potem mnich ów podszedł do stolika w kącie izby, przy której siedział od popołudnia jakiś znaczny chyba rycerz. Chwilę z nim pomówił, szepnął kilka słów na ucho i wręczył mu pękatą sakiewkę. Oblicze rycerza się rozpromieniło. Był to jasnowłosy i jasnooki wojownik, w sile wieku. Wstał od stołu zaraz po tym jak mnich poszedł do siebie na górę. Wezwał giermka by ten zabrał rzeczy i ruszył oporządzić konie. Mimo nocnej pory zamierzał wyraźnie opuścić Świdnicę. Giermek wbiegł by zabrać sakwy rycerza. I Jaromir zmartwiał. Giermek miał na sobie jego haftowany kubrak, który stracił w napadzie pod Rychbachem…
Wyszedł za nimi, lecz ewidentnie kierowali się w stronę Dolnej Bramy. Odpuścił i postanowił obejrzeć jeszcze raz magazyn odlewników. Ujrzał, jak przy świetle pochodni, w asyście wystraszonych ministrantów, proboszcz Jan okadzał puste wgłębienie w klepisku, gdzie wcześniej spoczywał kamień. Wcześniej proboszcz ogłosił ludowi, że „Metatron zabrał swój dar, bo oczy sług biskupa były zbyt ślepe i splamione pychą, by go rozpoznać„. Jan zbierał grudki ziemi z miejsca, gdzie leżał kamień, wkładając je do małych woreczków. Zapewne na relikwie ze świętego miejsca.
Nazajutrz, 8 marca Jaromir postanowił podpytać stajennych o ostatnie wydarzenia. Odwiedził stajnie przy Bramie Strzegomskiej i pogadał z koniarzami przy gospodzie. Ponarzekał na tłok w mieście i „pijanych gońców”, którzy o mało nie stratowali go na trakcie. Kilka miedziaków rzuconych na piwo dla młodego stajennego rozwiązało języki. Dowiedział się ciekawych rzeczy. Zaraz po tym jak proboszcz Jan ogłosił, że to anielska łza łupnęła w magazyn ludwisarzy (a więc 5 marca), ze świdnickiej stajni wyjechał w pośpiechu pewien jeździeć. Stajenny opisał go jako chudego mężczyznę, w ciemnym, turyńskim płaszczu, który nie wyglądał na rycerza, lecz na sługę lub niższego zakonnika. Przed odjazdem kurier rozmawiał krótko z uczonym mnichem, który wynajmuje izbę w karczmie „Pod Srebrnym Niedźwiedziem”. Stajenny zapamiętał, że kurier otrzymał od mnicha sakiewkę, która brzęczała kusząco ciężko. Sługa ów dosiadał czarnego kłusaka, który był trzymany w stajni w pełnej gotowości od czasu jak kamień zrujnował magazyn ludwisarzy. I był regularnie karmiony najlepszym owsem. Ale zwierzę było dzikie i agresywne. Przynajmniej wobec stajennych, bo posłaniec mnicha dosiadł go i zbliżył się doń bez trudu. Jaromir postanowił rozmówić się z Ambrożem i pójść odwiedzić jego ojca.
Ambroż od rana zaś odwiedził komesa Jarosta za wstawiennictwem swego ojca Michaela. Komes od początku był wysoce sceptyczny wobec doniesień o „cudzie”. Histeria religijna zaburzała porządek w mieście i tworzyła zbiegowiska, które jemu i jego załodze przysparzały pracy. W pełni podzielał zdanie swojego dowódcy straży, weterana Bolka „Niedźwiedzia”, który uważał meteoryt nie za dar Archanioła Metatrona, lecz po prostu za „piekielnie gorący głaz, który walnął w dach magazynu”.
Princeps w prywatnej rozmowie z kasztelanem przekazał mu całą opowieść o wydarzeniu. Komes wspomniał, że o Ziemowicie słuchy były już wcześniej, jako legendzie krążącej wśród raubritterów od jesieni łońskiego roku. Ambroż nie usprawiedliwiał bierności grodowej milicji. Stwierdził jedynie fakt, o nadludzkiej sile uzurpatora, zostawiając komesowi problem wytłumaczenia się przed księciem. Bo o tym, że książę Jędrzych zareaguje nikt nie miał najmniejszych wątpliwości. Pisma od Schreiberów i Ambroża, Jarost polecił czym prędzej konnemu kurierowi zawieźć do Wrocławia.
Ambroż chciał zamienić jeszcze kilka słów z ojcem Konradem, biskupim wysłannikiem, ale ten w tym czasie wizytował probostwo. Odłożył więc konwersację z duchownym in posterum. Pokłonił się komesowi, uściskał rodzica i wyszedł na świdnickie targowisko. Martwiła go nieobecność Dargaude. Zaczynał rozważać różne scenariusze. Od tego, że Prus otrzeźwiał, znalazł drogę powrotną i zmierza do Świdnicy, po taki, że leży gdzieś w zaroślach zakłuty nożem dla sakiewki. W najgorszym wypadku zaś, powiększył orszak uzurpatora Ziemowita i następnym razem Ambroż go rozpozna jako jednego z konnych armigerów nowego Piasta.
Szczęśliwie, późnym popołudniem Dargaude wrócił do karczmy Pod Srebrnym Niedźwiedziem. Tam Ambroż go zastał, rozprawiającego z Jaromirem i Atyllą. Musiał więc Prus ponownie opowiedzieć o zdarzeniach w Landeshut. Jaromir również dodał trzy grosze z tego co się dowiedział przez dwa ostatnie dni. A dowiedział się wiele …
Żeby jednak zachować jakieś pozory bezpieczeństwa, Ambroż zaprosił obu kompanów do swego domostwa. Bratowa Princepsa, Weronika, nie była do końca zadowolona z takiego obrotu sprawy. Brat jej męża zjawił się bez zapowiedzi i niespodziewanie po kilku latach. Mieszkał niecały dzień drogi od Świdnicy i nie dał znaku życia przez długi czas - miała mu to za złe. Ale z drugiej strony była wdzięczna, że los skierował go ponownie na łono rodziny - być może na dłużej. Podała ciepłą strawę i zaproponowała nocleg dla Prusa i Jaromira, na co obaj przystali chętni. Do późnej nocy rozważali ostatnie wydarzenia. Żaden jednak plan działania nie satysfakcjonował wszystkich, pozostawili więc bieg wydarzeń losowi, ciekawi co przyniesie kolejny dzień.
A 9 dzień marca przyniósł tych wydarzeń wiele. Jeszcze nocą, Jaromir wymknął się od Schreiberów, tłumacząc się druhom że nagle zachciało mu się „grać w kości”. Wrocławianin by dzieckiem nocy i wąskich uliczek. W Świdnicy czuł się jak ryba w wodzie. Ominął strażników z pochodniami, którzy przemierzali opustoszały rynek i przemknął się do stajni przy karczmie Pod Srebrnym Niedźwiedziem. Ocenił na oko swoje szanse dostania się do pokoju, który zajmował wespół z Atyllą. Było to trudne - noc ciemna i bezksieżycowa, tyle co popadał marcowy deszcz, okolice karczmy słabo oświetlone. Ale Jaromir chwacko wspiął się na słup podtrzymujący zadaszenie wozowni, podciągnał na rękach i wsunął na drewniany daszek. Na czworakach przeszedł po dachu wprost nad majdanem i przeskoczył na ścianę gospody, mocno chwytając się wystającej belki. Lekko pchnął okno do środka, poddało się bez oporu. Uderzył go zapach przetrawionego wina i głośne chrapanie madziarskiego wojownika. Zdjął buty, wytarł całą wilgoć z ubrania i ostrożnie uchylił drzwi na korytarz. Mrok rozświetlał jedynie mały kaganek przy końcu korytarza. Na palcach podszedł do drzwi które zamykały narożną komnatę, a w której miał nocować ów mnich z Miśni. Przyklęknął przy progu, rozglądając się na boki, wstrzymał oddech i przyłożył ucho do drzwi. Poczuł nagły chłód i odruchowo cofnął głowę. Dotknał odrzwi delikatnie. Ledwo wyczuwalny, nienaturalny chłód i czyste powietrze kontrastowało z zadymionym wnętrzem karczmy i swędem, który nadal unosił się w korytarzu. W uszach poczuł pewien ucisk i ogarnął go niepokój. Słyszał co prawda chrapanie z wnętrza, ale nie ryzykował więcej i wycofał się do swego pokoju.
Późnym rankiem spotkali się ponownie w karczmie. Relacja Jaromira była dość zaskakująca. Ambroż nie miał wątpliwości - już od dawna podejrzewał „zakapturzonego mnicha” o bycie magiem. Co więcej - łączył jego obecność z ostrzeżeniem od Arnolda z Fengheld. Dla Princepsa gość w narożnym pokoju parał się magią jak dwa i dwa to cztery. Jego podejrzewał o zainscenizowanie całego „przedstawienia z Ziemowitem” - jak to nazywał. Jedyne co nie pasowało Ambrożowi to specjalizacja w sztukach. Arnold ostrzegał, że Ulfrik jest mistrzem magii destrukcji, Creo Ignem i Perdo Corpus miały być jego bronią. WYdarzenia ze Świdnicy sugerowały mistrza iluzji Imagnem albo potężnego maga władającego umysłami za pomocą Rego Mentem. Bardzo tu coś nie pasowało. Postanowili czekać, aż domniemany Ulrfik opuści lokal i dobrze mu się przyjrzeć. Na próżno, ten do wieczora nigdzie się nie wybierał ze swego pokoju.
Ambroż poszedł więc o krok dalej. Postanowił użyć magii. Na przekór Kodeksowi Hermesa. Za cel powziął Baryłę, właściciela gospody. Formułę wypowiadał szeptem, gesty zaś - siłą rzeczy siedząc za stołem - miał bardzo oszczędne. Zadał karczmarzowi pytanie, wprost do jego umysłu, na które ten musiał odpowiedzieć zgodnie z prawdą: „Jaką najdziwniejszą rzecz widziałeś, którą uczynił ów mnich”? Odpowiedź objawiła się w głowie maga… Później Ambroż opowiedział wszystko kompanom.
Otóż Hildebrand Baryła, gdy pewnego poranka nieoczekiwanie wkroczył do komnaty gościa z dzbanem piwa i gliniakiem kaszy z boczkiem, zauważył przedziwną rzecz. Mnich ów bawił się monetą obracając ją w palcach, zaklął przestraszony najściem karczmarza i grosz upadł mu na ziemię zamieniając się w kupkę czarnej, dymiącej substancji. Przez moment karczmarz dostrzegł zmienione oblicze uczonego. Męską, mocną twarz pokrytą rytualnymi tatuażami i wodnisto niebieskie oczy, w których rozbłysnął nienaturalny, czerwony żar. Uderzenie serca później wszystko wróciło do normy, a mnich podniósł monetę z ziemi i gniewnie odprawił karczmarza.
To wydarzenie wręcz upewniło Ambroża, że mają do czynienia z magiem Ulfrikiem i to zapewne opętanym przez wysłannika piekieł. Musiał to dobrze rozważyć. Zaczął rozmyślać grzebiąc drewnianą łyżką w garncu klusek z gryczanej mąki pływających w tłuszczu i okraszonych skwarkami. Nim dopił kufel ciepłego już piwa, nowi goście pojawili się w gospodzie. Wizyta dwóch dumnych rycerzy ze świtą, rozwiała wszelkie wątpliwości maga. Do karczmy z hałasem wszedł starszy i młodszy rycerz. Ich wejście uciszyło głosy i sprawiło, że każdy zainteresował się dnem swojego talerza. Ciemnowłosy zbrojny, starszy, brodaty, wezwał karczmarza. Zaczęli się dopytywać o mnicha Benedictusa. Baryła od razu się zorientował i pobiegł na piętro do pokoju mnicha z Miśni. Rycerze zamówili w tym czasie napitek i solidną michę gulaszu. Gdy karczmarz wrócił z wieścią, że mają wejść na górę do uczonego, młodszy blondyn z nieładną blizną na czole wpadł z złość. Zbeształ Baryłę i rozkazał mu nie wracać póki nie wyciągnie za kołnierz mnicha. Karczmarz odstąpił. WOlał nie ryzykować. Byli to Kuno von Wittkamp i Zbych z Jugowa - dwaj znani i groźni raubritterzy. Później Jaromir to objaśnił kompanom. Ale rycerze nie wszczęli burdy, mnich zszedł do połowu schodów i przywołał ich gestem. Spokornieli i weszli na górę. Jaromir wykorzystał okazję i dosiadł się do czeladzi obu panów - tak poznał imiona rycerzy.
Po trzech pacierzach obaj wyszli, skrzyknęli armigerów z karczmy nie sięgając nawet po kufle czekającego piwa. Dargaude ukradkiem poszedł na majdan, ale spostrzegł, że zbrojnych jest tam ze dwie dziesiątki. Rozumiał więc bezczynność komesowej drużyny. Ambroż zaś, tym samym sposobem co z Baryłą, rzucił zaklęcie pytania na jednego z rycerzy. Tym magicznym podstępem dowiedział się, że Benedictus opłaca raubritterom łupienie kupców, napadanie klasztorów i czynienie chaosu. Podejrzewał jakieś powiązania, ale to stawiało fałszywego mnicha w zupełnie innym świetle…
Alba Amnis
Sziposz i Ontol szeptem naradzali się w pokoju swego kapitana, Atylli do którego zaprowadził ich Gergo. Od trzech lat pracowali dla Zgromadzenia. Jeden jako pomocnik młynarza, drugi szewca. A teraz na powrót mają przywdziać zbroje, ułapić miecz i włócznię i służyć pod dawnym kapitanem, który dość niefortunnie, ale bohatersko, powiódł ich na Ruś 4 lata temu. Sziposzowi było wszystko jedno. Przywykł do pracy w młynie. Czasem wybierał się do Świdnicy, do karczmy po piwo, choć tęsknił za łykiem czerwonego wina z biskupich winnic pod Egerem. Jeśli teraz Atylla oczekuje, że założy pas i kolczugę - to czemu nie? Ontol był bardziej sceptyczny. Dopiero gdy dołączył do nich czwarty Madziar - Isztvan, ten wyjaśnił im więcej.
Atylla został dowódcą drużyny zbrojnej. Stary Odomir słabował na zdrowiu i mógł jedynie szkolić wojowników na miejscu. W zeszłym roku jednego z panów napadli zbóje na szlaku i wszystko zrabowali. Najważniejszy z magistrów przystał na sugestię Atylli i pozwolił mu skrzyknąć dawną commitiva, więc powinni się tylko radować i cieszyć a nie biadolić jak żyd nad koszykiem jaj i trząść portkami. Ale Isztvan najbardziej ich przestrzegł przed dwoma osobami: zrzędliwym łowczym Tytusem, który z łuku może każdemu z nich ucho odstrzelić na 30 kroków i wielkoludem Dalegorem, któremu należy schodzić z linii wzroku i to w dyrdach…
Świdnica
10 marca przywitał ich chłodem i poranną mżawką. Nie porzucili myśli, by przyjrzeć się Ulfrikowi z bliska. Rozważali nawet osobistą rozmowę. Ale tego dnia w karczmie było wielu gosci, zapewne na okoliczność targu w Świdnicy. Przy jednej ławie siedziało czterech młodych mniszków, cystersów. Dargaude więc wpadł na pewien pomysł. Przysiadł się do nich, słysząc akademicką łacinę. Rozmowa toczyła się na tematy biblijne, a konkretnie anielskie. Prus nawiązał więc do ostatnich wydarzeń i podpytał co myślą mnisi o owym samozwańczym Piaście. Dwóch mniszków z Magdeburga była bardzo sceptyczna, ale dwóch innych, śląskch, już mniej. Podszepnął im o mnichu cystersie, który wyjaśnia sny w tej karczmie świadomie napuszczając na Ulfrika. Zadziałało. Cała czwórka podeszła do Baryły, a ten nagabywany wskazał im pokój Ulfrika. Dargaude przezornie ulotnił się z karczmy, ale Jaromir skryty za plecami cystersów wbiegających po schodach wyraźnie przyjrzał się rozeźlonemu „mnichowi”. Ten zrugał całą czwórkę i zatrzasnął im drzwi przed nosem odsyłając precz.
Ambroż, jak tylko ucichło zamieszanie postanowił odwiedzić ojca Konrada nim ten wróci do Wrocławia. Zastał go w budynku kasztelanii. Konrad - ku uldze maga - potwierdził, że badał kamień i nie znalazł w nim śladu świętości. Zganił przy Ambrożu pochopny entuzjazm proboszcza Jana, składając go na karb gorącego pragnienie obcowania z darem bożym. Wspomniał, że Jan nieco zmienił swe podejści i przemyślał wiele rzeczy. Napisał też list do biskupa Wawrzyńca z prośbą o pomoc w odzyskaniu własności Kościoła, jaką była owa Łza Metatrona. Bo choć Konrad nie dowiódł, że był to w istocie podarunek od sił niebieskich, to jednak został poświęcony i ceremonialnie wystawiony na ołtarzu polowym. A Locum Sanctum w magazynie, stało się własnością Kościoła, który opłacił się ludwisarzom.
Konrad zapowiedział, że jutro wraca do Wrocławia, ale wspomniał o losach procesu Dobromiła Kotowicza. Mnich potwierdził uznanie przez biskupa, że rycerz zginął jako męczennik za wiarę. I dodał, że spodziewa się powrotu prochów Joannity do Strzegomia jeszcze tego lata. Ambroż uprzejmie poprosił mnicha, czy ten by nie mógł dostarczyć nowego listu do książęcego kanclerza we Wrocławiu. Zamierzał opisać podejrzaną postać Benedictusa i jego związki z raubritterami, a także podejrzenia co do osad gwarków i hutników w Kowarach. Widział w tym jakiś związek z Ulfrikiem / Benedictusem. Cysters zgodził się bez wahania. Pożegnał Ambroża ciepło i się rozstali w pokoju.
To nie był koniec pożegnań. Ambroż odwiedził jeszcze brata i ojca w kasztelanii pana Jarosta. Obaj byli zafrasowani i zaniepokojeni wydarzeniami. Sam komes wczorajszego wieczora wziął ze sobą kilku pachołków i opuścił Świdnicę. Nie wiedzieli dokąd się wybierał. Ambroż obiecał częstsze odwiedziny i wymianę listów jak tylko będzie okazja wysłać kogoś do Świdnicy. Wrócił do karczmy, sprawdził czy Jaromirowi udało się uzyskać kilka weneckich srebrników do późniejszych badań, opłacił Baryle pokoje i strawę i zarządził powrót do Bielawy. W drodze powrotnej Dargaude opowiedział magowi, jak udało mu się przekonać Martę, dziewkę służebną, do pomocy i śledzenia Benedictusa. Prus zamierzał uczynić ją swoją agentką w Świdnicy i bardzo był z tego pomysłu dumny.
Alba Amnis
Zbliżała się północ. Był jeszcze wtorek 11 marca, gdy skończyli dyskusje w Sali Narad. Bohumil musiał dosypać kilka garści drzewnego węgla do stojącego w pobliżu foculusa - marcowe noce były całkiem zimne. Po raz pierwszy Karin uczestniczyła w naradzie magów. I wniosła całkiem wiele swoją wiedzą o infernalnych sprawkach. Badali magią Intellego monetę i za każdym razem wydawała się najprawdziwsza.