Zima AD 1225
Sezon zimowy obejmuje miesiące: grudzień roku poprzedniego, styczeń i luty
Grudzień 1224
Alba Amnis
Mróz ściął przemoknięte szlaki zaraz na początku grudnia. Ambroż uznał, że to najwyższy czas, by ruszyć do Łęczycy. Przecław i Wszebor przygotowali wszystko należycie i jedyne co zostało Ambrożowi, to wydać kilka poleceń i ruszyć o poranku. Przecławowi nakazał wspierać Dalegora podczas swojej nieobecności. Miał on we wszystkim zastępować Princepsa wobec czeladzi. Ambroż odwiedził też Milę z uznaniem patrząc jak szybko i sprawnie zamieniła pustą izbę w madziarskim domu na solidne zaplecze zielarki. Żałował, że musi ze sobą zabrać Dargaude, Prus na pewno wiele nauczyłby się od Mili w długie zimowe tygodnie. Ale potrzebował go bardziej w Łęczycy. Przywitał się też z Żywią, kotką zielarki. I zrobił to bardzo formalnie, zapraszając przy bramie Zgromadzenia i dając obwąchać figurkę - znak Egidy, zazwyczaj wręczany magom gościnnie wizytującym Alba Amnis.
Zimowy poranek czeladź rozświetliła pochodniami. Wóz, do którego Wszebor zaprzągł parę koni, solidnie zapakowano. Atylla dosiadał wierzchowca po Dobromile. Wzięli też luzaka, konia na którym zwykle jeździł Princeps. Ambroż pożegnał się z Karin, życząc jej owocnego zimowania w Zgromadzeniu. Powiedział kilka słów do Gosławy. Poinstruował też Dalegora. Zlecił magowi przygotowanie tradycyjnej uczty noworocznej. Polecił, by ten przeprowadził Milę i jej kotkę do Regio i pokazał im magiczną krainę. Ale najważniejszą misją dla Dalegora było przekonanie Karin i uzasadnienie dlaczego ma wyjechać na rok do Rożnova.
Wrocław
We Wrocławiu Ambroż postanowił odwiedzić swego dawnego znajomka z czasów studiów w szkole katedralnej - Idziego - który obecnie pełnił funkcję scholastyka. Miał ku temu ważny powód. Do magicznych studiów Dalegora i zaklęcia Dotyku Midasa, potrzebował autentycznej, złotej monety. Mag musiałby ją dokładnie poznać i wręcz zapisać najdrobniejszy szczegół takiej monety w swoim umyśle.
Ambroż miał zamysł taki, by odkupić pojedynczą monetę od kogoś, kto mógłby ją posiadać. Do głowy przychodziły mu dwa źródła - dwór księcia i Kościół. Z tym drugim był w lepszej komitywie, wielu dobrze sytuowanych duchownych wrocławskich, znało Ambroża. Niektórzy - jak Scholastyk Idzi - nawet go lubili. Princeps, podczas towarzyskiej rozmowy, napomknął o potrzebie posiadania złotej monety do badań. Idzi wpierw się nieco przeląkł, że jego dawny przyjaciel, kuszony alchemicznymi obrzędami przemiany ołowiu w złoto, zszedł na złą drogę czarnej magii. Ale Ambroż zapewnił go, że potrzebuje jednej próbki, by badać wpływ kwasów na złoty kruszec i nic więcej. Żadnych przemian alchemicznych. Idzi obiecał więc zdobyć złotego bizanta, hyperpyrona i zatrzymać dla Ambroża gdy ten będzie wracał z wyprawy.
Idzi przestrzegł jednak maga, by ten był świadom prawa książęcego. Książę Henryk surowo zabraniał płacenia obcą monetą w codziennym handlu. Taką monetę należało wymienić przymusowo w książęcej mennicy we Wrocławiu. Zatrzymanie dla siebie obcych monet, książę uznawał zza oszustwo skarbowe i surowo karał. Osoby nieuprawnione, które przyłapano by na posiadaniu bizantów, książęcy sędziowie mogli oskarżyć o nielegalne gromadzenie kruszcu. A kary cielesne za tę przewinę były drastyczne. Oczywiście biskupstwo, Joannici, mistrzowie cechowi - cieszyli się książęcymi immunitetami. I mogli posiadać obce złoto o ile służyło ono celom dyplomatycznym, kościelnym bądź handlowi, który zasilał skarbiec księcia poprzez cła. Ambroż dobrze zapamiętał słowa Idziego. Zamierzał przestrzec Dalegora i porozmawiać z Przecławem, jak w bezpieczny sposób mogą w przyszłości upłynniać „wyczarowane” złoto, zamieniając na srebrną, powszechną walutę. Alba Amnis posługiwało się denarem magdeburskim. Ze względu na licznych osadników (w tym bielawskich), którzy cieszyli się książęcą wolnizną, denar był uznawany za legalny środek płatniczy ale raczej w poważniejszym handlu. Ambroż nie zajmował się takimi sprawami, zrzucając to na głowę Przecława. Zapewne książęcy urzędnicy znaleźli by sposoby by zmusić ALba Amnis do obracania książęcymi brakteatami. Te podlegały częstej wymianie i inflacji. A denary były solidne przez dziesięciolecia.
Takie myśli zaprzątały głowę Ambroża podczas podróży do Kalisza. W grodzie spędzili kilka dni, bo solidnie sypnęło śniegiem. Koło połowy grudnia nieco się ociepliło. Przekroczyli wiec most na Warcie i ruszyli w stronę Uniejowa. Stamtąd do Łęczycy mieli już całkiem blisko.
Łęczyca
Zima ścięła lodem rzekę Bzurę. W grodzie zabawili dzień, przybyli krótko przed zamknięciem bram. Zanocowali więc w tej samej karczmie, w której byli jesienią 1221 roku. Dla Ambroża, Bohumila i Atylli to były powtórne odwiedziny Łęczycy. Ambroż pamiętał drogę, więc jak tylko poranne słońce oświetliło biel pól wokół grodu, Wszebor wyprowadził konie ze stajni, zaprzągł do wozu i ruszyli na południe, ku lesistym wzgórzom i twierdzy Magów.
Przed zachodem słońca dotarli do umocnień zamkowych. Widziano ich z dala i jakiś kapitan grogów z grupą kilku konnych zbrojnych wyjechał im na przeciw. Poznał w Ambrożu i Bohumile magów i przywitał z godnością. Odesłał natychmiast konnego do zamku, by poinformował o wizycie princepsa Stanisa. Zabawiał gości rozmową nim nie dojechali pod ufortyfikowaną bramę. Na ich powitanie wyszedł Stanis, Kasina, Frania i Bartłomiej, tym razem w futrzanej czapie, zamiast formalnej czerwonej frygijki.
Alba Amnis
Karin uważnie obserwowała obie kobiety, siedząc przy stole w kuchni. Było zimno. Poprosiła wcześniej Tomiczka, by zamknął ścianą otwartą jadalnię, bo zupa zamarzała w talerzach nim Mojmira zdążyła odnieść kociołek na palenisko. Karin była wyczulona na takie znaki. Przyglądała się Tomirze i widziała w niej kogoś więcej, niz tylko nadobną praczkę i służkę w Zgromadzeniu. Czuła zapach bazylii i arszeniku, nieuchwytny dla zmysłów, ale widzialny dla jej nadzmysłowych mocy. W jakiś sposób Tomira kojarzyła się jej z Blanką, dziewczyną którą przygarnęła, a którą prześladował Hartwig.
Już wcześniej ją obserwowała. Dyskretnie wypytała Mojmirę i Gosławę. Dalegor opowiedział jej o zażyłości z komesem Sobiesławem i tragicznej miłości, którą zakończyła śmierć komesa. Co ostatnio podważał Ambroż rzucając cień podejrzeń na osoby trzecie. Dalegor zataił oskarżenia princepsa przed Karin, ale wiedźma szybko skojarzyła fakty. Umiejętnie też wyciągnęła informacje od samej Tomiry.
„Nosisz na szyi niewidzialny sznur, dziewczyno” - rzekła do niej wprost, podnosząc wzrok znad miski i śmiało patrząc w oczy. „Pachniesz kadzidłem, które nie wznosi się ku bogu chrześcijan, a jeno maskuje smród zepsucia. I nie o tobie tu mówię, jeno o tym co cię tu przysłał. Nie żeby cię ukryć, ale żeby cię tu uwięzić.” Obserwowała twarz Tomiry, przez którą przelatywały różne emocje. Mojmira odłożyła łyżkę by przerwać ciszę. „To niestosowne pani Karin, by tak ganić Tomirę. Pewne sprawy są trudne, by o nich wprost rozmawiać.” - dodała pojednawczo. „Zaparzę dzięgiela z miętą, wszystkie się napijemy” . Karin się uśmiechnęła - „Dobry wybór złotowłosa. A ty Tomiro, co mi odpowiesz?” Tomira odsunęła śmiało miskę i odwzajemniła spojrzenie. „Nie czuję się tu przymuszona. Princeps, magowie i ich towarzysze traktują mnie bardzo dobrze. Skoro pan Ambroż pozwolił mi udać się do Kłodzka, myślę że mogłabym odejść stąd w każdej chwili. Ale gdzie znajdę lepszy dom?” Karin uśmiechnęła się: „Może mogłabym ci zaproponować ciekawe miejsce. Oczywiście Ambroż musiałby się zgodzić. Ale usunęłabyś się z zasięgu ciekawskich klechów, którzy chcą wszystko kontrolować. Niczego by ci nie brakło, i mogłabyś mnie zastąpić przy pewnym intratnym interesie. Ale dość na tym teraz. Poczekajmy aż Princeps powróci i zaakceptuje nasze plany”.
Dalegor żałował, że tak słabo opanował Muto Corpus. Jak tylko Karin skończyła przemawiać, ukrył się za narożnikiem chaty i schował pod kapturem królicze uszy sterczące mu z głowy. Kombinował jak zapytać Karin o to co miała na myśli, ale obawiał się, że magiczka go przejrzy. Była bardzo sprytna. Zdawał sobie sprawę, że sprytniejsza od niego po wielokroć. Już nie raz mu to udowodniła.
Łęczyca
Atylla i Wszebor zostali w pomieszczeniach dla czeladzi, natomiast Ambroż, Bohumil i Dargaude zostali umieszczeni w komnatach dla gości w głównym zamku. Stanis zarządził przygotować wystawną kolację żeby uczcić przybycie gości. Dargaude miał nadzieję wywrzeć pozytywne wrażenie na magach Łęczycy, ale tego dnia towarzyszył mu pech, który bardziej skompromitował go w ich oczach niźli dodał splendoru. Prus nie znał absolutnie etykiety hermetycznej, a i jego polski pozostawiał dużo do życzenia.
Atmosfera na kolacji zmieniała się z chwili na chwilę. Stanisław otwarcie przyjazny i wręcz entuzjastyczny, wypytywał o wieści z pogranicza. Frania z dystansem rzucała celne kontry, obserwując reakcje Ambroża. Ruprecht był zaś prowokujący i agresywny. Co doprowadziło do małego zamieszania, gdy zasugerował Ambrożowi Certamen. To zdecydowanie przekraczało granice gościnności i obrażało Stanisa, który z wściekłością zareagował chcąc wyrzucić Francuza z komnaty. Dopiero reakcja Frani uspokoiła sytuację. Kasina zaś zgodnie ze swoim szalonym poczuciem humoru, ostentacyjnie opuściła wieczerzę wyczarowując dwa kraczące ptaszyska, które kupami ozdobiły płaszcz Stanisa. Wywołała jednocześnie Bohumila z sali, co wzbudziło niesmak Tomasza, który nie zawahał się tego skomentować. Verditus wkrótce sam odszedł od stołu, nie tłumacząc się zbyt wiele. Sonja, którą w zasadzie widzieli po raz pierwszy, uważnie - choć w milczeniu - przyglądała się Kasinie i Bohumilowi. Ewidentnie nie była zachwycona zachowaniem magiczki. Uroczysta kolacja pokazała Ambrożowi, jakie napięcia panują w Łęczycy i jak rozkłada się rozdział władzy.
Kilka dnia później spotkali się z Franią i Stanisem by w mniejszym gronie porozmawiać o ważnych sprawach. Ambroż bez ogródek wniósł temat przynależności do Trybunału Nowogrodzkiego. Teraz to śląskim magom zależało na oparciu Łęczycy, co Stanisław skrupulatnie i z nieukrywaną radością potwierdził. Wypytywał o nastawienie dworu książęcego. Sam wywodził się z Domu Jerbiton, więc obcowanie z możnymi, w tym z książętami - mimo surowego zakazu Kodeksu - miał niejako we krwi. Zaoferował, żeby w okresie intensywnych przygotowań formalnych, Ambroż mógł korzystać z pomocy Jadwigi, która była doradczynią Stanisa w sprawach możnych, miała kontakty na dworze w Krakowie i Gnieźnie, i chętnie poznałaby środowisko księcia Henryka i jego małżonki, również Jadwigi. Ambroż przystał na taki plan nie wskazując konkretnej daty, kiedy pomocnica Stanisa miałaby odwiedzić Alba Amnis.
Frania miała inną sugestię dla śląskiego Princepsa. Żywo zainteresowała ją historia Dargaude, jak również jego moce, na które rzecz jasna zwróciła uwagę. Natchnęła Prusa ideą budowanie sieci agentów dla Zgromadzenia. Zajęcia się rolą strażnika cennych zasobów Vis, jakie mogłyby się znaleźć w okolicy. Dbania o te dobra Alba Amnis, które dla śmiertelników były niczym, ale dla Faerie, innych magów czy bytów nadnaturalnych stanowiły już łakomy kąsek. I podsunęła myśl wyjazdu do Prus, by tam mógł załatwić swoje dawne sprawy. Ambroż słuchał magiczki, nie do końca zachwycony, że to ktoś inni rysuje ambitne historie dla „jego” Zgromadzenia, ale nie odżegnywał się od pomysłu. Poprosił za to Stanisława, by pomógł w sprawie klątwy ciążącej na Borysie Rurykowiczu, ich Towarzyszu z Alba Amnis. Być może odpowiedzi na pytania znalazłby Paweł z Czedniewa, urzędujący w Trzech Jeziorach. Stanisław uznał to za dobry pomysł i obiecał skontaktować się z danym konfratrem.
Komanty Ambroża
Dzień po rozmowach z Franią i Stanisem, do komnat Ambroża przyszedł Dargaude. Prus nie zmrużył oka całą noc, rozmyślając nad słowami Tremere. Ambroż się zastanawiał. Patrzył na pochyloną białowłosą głowę Dargaude i starannie rozważał jego słowa.
Trzy pacierze temu Prus wszedł do jego komnaty z zapałem w oczach, jakiego jeszcze u niego nie widział. Ewidentnie wczorajsza przemowa Frani zrobiła na nim ogromne wrażenie. Sam Ambroż był pełen uznania dla wyważonej perspektywy magini i niechętnie przyznawał sam przed sobą, że jej ocena sytuacji go zaskoczyła.
„Panie, długo myślałem nad tym co rzekła wielmożna Frania z Popowic” rzekł Dargaude zaraz po wejściu. „O tym, że zgromadzenie musi mieć agentów, aby śledzić wszystkie magiczne wydarzenia w swoim otoczeniu”.
Ambroż uniósł brew. „Taaak?”
„Princepsie, stworzę dla zgromadzenia taką sieć agentów. Nie od razu. Takie działania wymagają czasu i rozwagi, ale jestem w stanie to zrobić. Wiem jak rozmawiać z ludźmi i popychać ich w określoną stronę”.
Ambroż uśmiechnął się pod nosem: „Dobry Dargaude, czcigodna Frania mówiła o czymś znacznie trudniejszym. O śledzeniu przepływów sił magicznych, nadprzyrodzonych, ferycznych i infernalnych. To wymaga magicznych uzdolnień, nie tylko gładkiej mowy i lica”. Twarz Prusa drgnęła. Ambroż celowo poruszył ten temat. Od dawna podejrzewał, że jego sługa jest w jakiś sposób czuły na moce, tylko charakter jego talentu pozostawał dlań niejasny.
Dargaude zaczerpnął głęboko tchu. Dotychczas nie zaufał wielu osobom na tej ziemi wrogów. Żyli tu ludzie pełni przemocy, pychy i ignorancji. A jednak w tym miejscu, w Łęczycy, spotkał innych Polan. Zdawali się być niezainteresowani karczowaniem świętych drzew, gwałceniem i rabunkiem pod proporcem słów o miłosierdziu. A z drugiej strony ich siła i moc napełniały go lękiem i podziwem. Takich panów warto mieć za sojuszników! Przeciwko Brandenburom, Polanom czy Jaćwingom. Zaś sam Ambroż stanowił dlań zagadkę. By uprzejmy, traktował go dobrze, dawał własny grosz czy komnatę do spania. A jednak katował go tymi samymi opowieściami o Ojcu, Synu i Duchu, które przyniosły jego rodzinie tylko śmierć i zniszczenie. Zrazu Dargaude myślał, że Alba Amnis i Ambroż, to następny klasztor z jakimś biskupem na czele, ale z czasem zaczynał dostrzegać różnice. Jednak dopiero Łęczyca wywróciła jego spostrzeganie i rozumienie magów. Dostrzegł swoją szansę. „To samo pewnie zobaczył w chrześcijanach mój brat” - pomyślał smutno – „I dokąd go to doprowadziło?”. Strach i nadzieja wypełniały go jednocześnie.
Zaryzykował. „Princepsie, nie mówiłem Wam o tym wcześniej, ale w moim kraju uczyłem się jak zachowywać równowagę między ludźmi, zwierzętami i duchami. Uczyłem się jak zobaczyć prawdziwą naturę istot takich jak kot Mili. Potrafię zobaczyć, które zwierzę ma duszę zmarłego, a które jest dobrym lub złym leśnym demonem. Umiem dostrzegać zawirowania mocy o których mówicie. Nie znam tylko nazw i konceptów, którymi je określacie”.
Ambroż uśmiechnął się w myślach „No proszę, wiedziałem! Obudzony! Widać ci poganie potrafią wykształcić drugie oko. Ciekawe jaką wiedzę skrywa to nieznane dotąd zgromadzenie magów gdzieś daleko hen za ziemiami tego Prusa? Ciekawe, ciekawe.”
Dargaude wyrwał go z zadumy. „Princepsie. Dla Ciebie i zgromadzenia poszukam ludzi wyczulonych na moce i skłonię ich do współpracy. Będę potrzebował różnych rzeczy których ludzie pożądają, srebra, obietnic, przysług, a czasami pomocy ze strony sług zgromadzenia, zbrojnego ramienia, być może i zastraszania. W zamian proszę Was o jedno. Zwróćcie mi wolność. Jako niewolny nie mam szans cieszyć się poważaniem u innych i być wysłuchiwany z uwagą przez możnych. Jeśli mam być Waszą ręką czy okiem, to skuteczny będę tylko jako wolny człowiek. Służyłem Wam wiernie jako mogłem do tej pory i to się nie zmieni. Proszę Was o wolność”. Tu skłonił się dwornie i zastygł w oczekiwaniu.
W komnacie zaległa cisza. Ambroż patrzył na pochyloną głowę Prusa i starannie rozważał jego słowa. Odsunął się o krok od stołu i powoli podszedł do okna. Przez chwilę patrzył na dziedziniec, gdzie wiatr poruszał proporcami
Łęczyckiego zgromadzenia.
- Wolność - powtórzył cicho. - To słowo łatwo wypowiedzieć, trudniej na nie zasłużyć.
Odwrócił się powoli ku Dargaude. W jego spojrzeniu nie było gniewu ani drwiny, lecz chłodna rozwaga uczonego, który waży każde słowo. W Alba Amnis - rzekł wreszcie - nie ma ludzi bez przeszłości. Każdy kto staje między nami, odsłania swoje dawne drogi. Nie dlatego, że pragniemy cudzych tajemnic, lecz dlatego że tylko znając źródło człowieka można zrozumieć dokąd zmierza.
Dargaude nie podniósł głowy, lecz jego ramiona napięły się lekko. Ambroż zrobił jeszcze jeden krok i zatrzymał się tuż przed Prusem. „Jeśli chcesz stać się częścią tego co budujemy, musisz uczynić to samo.” Dargaude powoli uniósł wzrok.
- Opowiedzieć swoją historię? - zapytał ostrożnie.- Tak - odparł Ambroż spokojnie. - Całą. Skąd pochodzisz? Kto cię uczył? Jaką drogą trafiłeś między nas? Jakie duchy znasz i jakie śluby już kiedyś składałeś? Przez chwilę w komnacie znów panowała cisza. - Jeśli to uczynisz - ciągnął Ambroż - gdy wrócimy do Alba Amnis i nadejdzie rytuał Aegis, uwolnię cię. Publicznie. W obecności zgromadzenia. Słowo uwolnię zawisło w powietrzu jak ciężki dzwon. - W zamian zaś oczekiwać będę jedynie jednego: przysięgi wierności zgromadzeniu i ludziom, którzy w nim mieszkają. Nie biskupom, nie
królom, lecz nam - tym, którzy razem szukają wiedzy i strzegą równowagi.
Ambroż oparł dłonie na stole. - Dostaniesz też coś więcej niż wolność. Wikt i opierunek, jak każdy z
naszych ludzi. Ale kiedy twoja sieć zacznie działać i uznamy, że można na niej polegać… zorganizujemy wyprawę na ziemie pruskie. W oczach Dargaude błysnęło coś nagłego - może nadzieja, może strach. - Pomożemy ci odnaleźć twoich bliskich - powiedział Ambroż spokojnie. - Jeśli jeszcze żyją.
Dargaude wciągnął powietrze, jakby uderzył go zimny wiatr znad morza.- Ale najpierw - dodał princeps cicho - opowiesz nam, kim naprawdę jesteś. Ambroż usiadł i wskazał mu krzesło po drugiej stronie stołu. - Mów, Dargaude z pruskich ziem. Zgromadzenie potrafi słuchać…
Dargaude odsunął krzesło i przysiadł się do stołu. I opowiedział Princepsowi całą swoją historię. O grodzie Lubawa, o plemieniu Sasinów i swoim bracie, możnym wodzu. O marzeniach zjednoczenia dwunastu plemion i swojej drodze Wajdeloty. Opowiedział o najmłodszych latach gdzie dorastał w grodzie swego ojca Grezyma i starszego brata Surwabuno z Luboui (Lubawy), pośród rodowej elity plemienia Lubawian. Matka, wychowywała go z dystansem, bo Dargaude był “poświęcony” dla bogów. Odkąd pamiętał czuł w sobie inność, nie do końca ludzką. Zauważał, że ludzie nie patrzą mu w oczy, lecz uważnie obserwują co robi. Już wtedy widywał rzeczy niejawne oczom zwykłego śmiertelnika. Duchy, cienie, aury wokół potężnych zwierząt i słyszał głosy, których nie wszyscy byli świadomi. Gdy podrósł nieco, zaczęto go uczyć tradycji plemiennych i rytuałów. Było oczywiste, że jako młodszy brat Surwabuno, będzie poświęcony bogom. Duchy lasu i Sidhe miały wówczas przemożny wpływ na Dargaude poprzez Ścieżki Snów.
Przeznaczony do roli wajdeloty lub kapłana, uczył się śpiewów, historii plemienia, opowieści o bogach i duchach. Nim wszedł w pełnoletniość nabrał charyzmy i wiedzy o rytuałach. W owym czasie (około 1209) brat nawiązał kontakt z chrześcijanami (misje biskupa Christiana), który w efekcie przyniósł spektakularną wyprawą Surwabuno do Rzymu i zaowocował pierwszym chrztem Prusa odebranym rąk papieża. Daugarde był sceptyczny wobec entuzjazmu starszego brata, który opowiadał o wielkim mieście i potędze chrześcijańskiego boga oraz skuteczności żelaznych mieczy. Dargaude czuł też obecność szarego całunu Dominion, jak brat przywlókł ze sobą z Rzymu. Święte moce jakimi dysponował Papież w istocie zagłuszały i tłumiły szepty duchów Prusów. Sceptycyzm Dargaude słabł, w obliczu takiej potęgi. Rodził się lęk. Surwabuno przymusił brata do przyjęcia chrztu, zresztą nie tylko jego z rodu. W imię polityki i przyszłych sukcesów Dargaude zgodził się na chrzest, pod pewnymi warunkami o jakich bratu powiedział w głębokiej tajemnicy (tego zaś Ambrożowi nie zdradził).
Gdy chrześcijańska ekspansja się nasiliła, jego ród walczył – raz po stronie chrześcijan (po konwersji), raz przeciw nim (powrót do starej wiary). On sam uczestniczył w wyprawach, był również na dworze Konrada Mazowieckiego jako tłumacz. Widział zdradę i upadek plemiennej potęgi. Surwabuno zginął w bitwie od przypadkowego ciosu włócznią. Dargaude wrócił do Lubawy, stając się opiekunem bratanków i strażnikiem rodowego gaju. Poświęcił się wówczas zgłębianiu sztuki uzdrawiania i badaniu mocy leczniczych ziół. Tak bardzo mu zależało na uzdrowieniu swojego rodu i plemienia. Jednakże wkrótce krucjaty chrześcijan na nowo rozpalają pożogę wojenną. Po klęskach Prusów i śmierci brata Dargaude stał się cieniem dawnej elity. Wkrótce chrześcijanie wzięli w niewolę jego bratanków – a jego samego książę Henryk przejmuje jako “dar” - niewolnego szlachcica pruskiego, którego dobrze jest trzymać pod kluczem na dworze książęcym. Tak na wszelki wypadek. Jednakże zjawiska i wizje jakie towarzyszą Prusowi, prędzej czy później napytałyby kłopotów książęcemu kanclerzowi. W ten właśnie sposób Dargaude trafił do Alba Amnis za sprawą Idziego…
Ambroż skrupulatnie rozważał słowa Prusa. Jeszcze mu tego nie oznajmił, ale pomysł by ten uczył się łaciny uznał za doskonały. Zamierzał też nadać mu formalnie rolę Custos w Zgromadzeniu, ale to już po powrocie, żeby każdy z czeladzi był tego świadom.
Alba Amnis
Za dwa dni wigilia, więc Dalegor zaczął „już” obmyślać, jak tu się wywiązać z zadania, które poruczył mu Ambroż. Wpierw wysłał Jaromira do Bielawy, nie zważając na to, że padający od tygodnia śnieg naniósł dobre pół metra puchu. Jaromir miał się dowiedzieć czy nowy ksiądz w Bielawie zamierza odprawiać jakąkolwiek liturgię. A przy okazji, kupiec miałby przetrzeć szlak do wsi, wszakże - o ile pasterka stanie się faktem - większość czeladzi udałaby się do wioski.
Jaromir wrócił na drugi dzień i potwierdził. Frater Gudrig na dobre opuścił Dębowinę i od tygodnia gościł u Hermana. Zasadźca otrzymał rozkaz od książęcego kanclerza, by wydzielić dla nowego proboszcza 4 łany od nowego roku i wybudować mu plebanię. Do tego czasu, Herman został zobowiązany, by godnie utrzymywać duchownego. Nie narzekał. Ten sam książęcy posłaniec przyniósł pismo od kanclerza Idziego z przywilejem wystawienia wyszynku. A więc w końcu jego ukochana Anne mogłaby zarządzać karczmą. Takie wieści przyniósł kupiec Dalegorowi. Ten oczywiście pośpieszył do Przecława.
Gdy tylko wszedł do ciepłej komnaty zarządcy i napomknął o „zwyczajowej uczcie jak co roku” Przecław wstał od pulpitu (żeby nie wyglądać jak karzeł przy olbrzymim magu), rozłożył ręce i zaczął monotonnym głosem: „Mało pieniędzy panie. Wedle rachunków na zimę musimy mieć 5700 denarów w srebrze, a szacując to co dostajemy od Zbysława to 5940.
Co prawda w skarbczyku jest 100 ale to wystarczy ledwo ledwo na twoją noworoczną ucztę i ekstra nagrody dla czeladzi - a jesienią przypominam nikt nie dostał złamanego grosza od września. Daje to nam skromną nadwyżkę 300 denarów by wejść w wiosenny przednówek, a wszystko dzięki temu, że princeps Ambroż i jego kompania żywią się i korzystają na koszt możnych z Łęczycy. Wiosną oczywiście Jaromir sprzeda folowane sukno z jesieni i zimy, ale wróci Princeps i koszty nam wzrosną. Teraz nie jest jeszcze krytycznie, ale spodziewam się sporych problemów niedługo. Co mam czynić? Radźcie. Mogę pomyśleć nad niewielką optymalizacją, ale ręce mam związane ograniczeniami…” Dalegor się nadąsał: „Czekajcie czekajcie, dajcież mi ksiegi bo mi łatwiej arytmetykę na pergaminie ogarniać.” - i zaczął przerzucać strony ostatnich wpisów w rejestrach Przecława, spisanych drobnym, równym charakterem. „Tu stoi że przychód 4455 a rozchód 6409 czyli na minusie w zimę weszliśmy…” - jąkał pod nosem Dalegor - „to znaczy że w zimię mamy same rozchody a przychodu zero?
skąd ta suma 5940?” Przecław się uśmiechnął pod nosem - „Toż to magu jest in reditu od Maćka z Rychbachu. Gotowizna w srebrze regularnie nam płacona co kwartał.” „Czyli przychód będzie ale dopiero za miesiąc dwa, tak? Mówcie do mnie prosto Przecławiu. Princeps zostawił zgromadzenie bez grosza i pojechał od Łęczycy? Czy jak? Że się nie spinają nam dochody z rozchodami i jesteśmy na krawędzi i trzeba nowe źródło przychodu znaleźć ?” - Dalegor zaczął panikować.
Przecław odetchnął: „Dalegorze…Przychód do nas dociera tak jak ja się wybieram do naszego rymarza. A byłem u niego z początkiem grudnia. Zawsze tak czynię. Wydatki zaś idą tydzien za tygodniem z tych pieniędzy. Nawet nie znasz stałych wozaków, którzy dostarczają nam zapasy zgodnie z wykazem, jaki co miesiąc przygotowuję…” - zawiesił głos patrząc na zmieszanego olbrzyma. „Ale nie w tym rzecz. Tak, przewiduję, że na koniec lutego będziemy mieć skromną nadwyżkę.
O ile na początku marca Maćko znów zasili nasz skarbiec, to srebra nie wystarczy do końca maja. No może wyjdziemy na zero o ile uda się dobrze sprzedać sukno na kwietniowych targach. A to ostatnio Jaromirowi bokiem wyszło. Mamy nowych ludzi w Zgromadzeniu. Zielarka zostawiła mi długą listę wyposażenia do zakupu. Pani Karin jako magiczka też zasługuje na wygody. A to generuje dodatkowe koszty. A dodatkowych dochodów brak. Kupiliśmy małe stadko czarnych owiec, ale tkacza mamy jeno jednego. Isztvan mógłby zimą dłużej pracować niż 5 godzin, ale świecami dobrze warsztatu nie oświetlisz panie…”
Dalegor stanowczo przerwał: „Rozumiem Przecławie, Słusznie wskazujecie, że słabo się orientuję w prowadzeniu spraw Zgromadzenia. Do tej pory zdawałem się na Ambroża i na Was, nieświadom ile to wymaga zachodu i wiedzy. Bardzo szanuję Waszą pracę i uważam że jest niezbędna i kluczowa. Uznałem, że czas zmienić moją postawę i zacząć Was wspierać w praktycznych kwestiach Alba Amnis. Myślałem już od jakiegoś czasu nad szukaniem jakiejś drogi wsparcia. Ale proszę Cię o dyskrecję i zachowanie tajemnicy, gdyż rozwiązanie które mam, oprócz oczywistych korzyści niesie też potencjalne zagrożenia. Otóż w uzgodnieniu z radą magów podjąłem badania nad zaklęciem, które na sposób hermetyczny, a nie alchemiczny, jest w stanie wytworzyć ograniczoną ilość złota. I udało mi się!…”
Dalegor pochylił się nad stołem i zaczął szczegółowo prawić o kruszcu, inflacji, kodeksie hermesowym, prawie książęcym oraz o ludzkiej chciwości. Przecław zamyślił się głęboko. Życie z magami było pełne niespodzianek. Złoto! Do tej pory sądził, że jedynie w bajaniach chłopów można takie rzeczy czynić. A tu proszę! Ten milczący olbrzym mówi, że może wytwarzać złoto! Oczywiście pod pewnymi o warunkami i nie z niczego, bo magia zawsze zachowuje równowagę. Ale rzeczywiście, wytwarzanie złota, dawało nowe możliwości. Ale i zagrożenia, których skalę zaczynał sobie coraz wyraźniej uzmysławiać. Przecław aż głęboko odetchnął. Życie z magami było pełne niespodzianek…
Łęczyca
W zaciszu swojej komnaty Ambroż studiował zapisy tekstu laboratoryjnego, jaki wspaniałomyślnie przehandlował mu Stanisław. „Aperiens Cuniculum Intangibilem” - efekt magiczny, który otwierał tunel w powłoce świata pomiędzy przedmiotem tajemnego połączenia a jego głównym obiektem. Ta moc mogła sprawić, że odległy obiekt - do któreg Ambroż posiadłby tajemne połączenie - mógłby być w zasięgu jego zaklęć, bez ograniczeń. Oczywiście zapłacił Stanisowi 5 pionów Vis Herbam. Ale korzyści z posiadania tego zaklęcia wydawały się nieporównywalnie większe.
Wieczorem wraz z Bohumilem poszli na spotkanie do Stanisa. Jak na Jerbitona przystało, ugościł ich przednim trunkiem. ALe sprawy rozważali poważne. Ambroż ponownie potwierdził chęć przystąpienia formalnego do Trybunału Nowogrodzkiego. Stanis jasno naświetlił jakie prawa przysługiwałyby Alba Amnis gdyby się to zadziało. Prawo Głosu - Każde uznane Zgromadzenie otrzymuje zazwyczaj jeden lub więcej głosów w Radzie Trybunału. Pozwala to realnie wpływać na prawa Trybunału i wynik sporów między magami. Zgodnie z Przysięgą Hermesa, każdy mag posiada jeden głos na Trybunale lokalnym. Choć prawo to przysługuje magom indywidualnie, w praktyce nowogrodzkiej to uznanie Zgromadzenia pozwala na skuteczne egzekwowanie tego prawa poprzez system rezydencji. Co była dla Ambroża jasne, że w sytuacji obecnej, on i jego konfratrzy „nie istnieli” formalnie dla Nowogrodu. Uznanie Alba Amnis dałoby Ambrożowi, Bohumilowi i Dalegorowi realne narzędzie do blokowania niekorzystnych dla Śląska ustaw, szczególnie - jak podkreślił Stanis - w obliczu pragnień separatyzmu Łęczycy. Dalej Princeps Łęczycy przeszedł do Prawa do Ochrony. Zgodnie z Kodeksem, atak na uznane Zgromadzenie jest traktowany jak atak na sam Zakon Hermsa. Napastnik ryzykuje proces i wyrok Łowów. Bez formalnego uznania, Alba Amnis jest traktowane przez konserwatystów z Prypeć Maior jak „dzicy magowie”, wobec których prawo do ochrony jest niejasne. Stanis podkreślił też Prawo do Zasobów Vis. W Trybunale Nowogrodzkim Rada posiada formalną władzę nad osadnictwem i przydziałem zasobów magicznych: „Uznanie Alba Amnis oznaczałoby prawną certyfikację Waszych źródeł Vis” - ciągnął Stanis - „Na przykład tych w Regio. Chroniąc je przed „plądrowaniem” przez inne Zgromadzenia, co jest niewielkim przestępstwem w oczach Kodeksu. Co więcej, moglibyście ubiegać się o udział w dostępnych źródłach Vis Trybunału, którymi zarządza Trzy Jeziora.”
Stanis kontynuował - „Nie wspomnę o przywileju korzystania z posłańców Mercere. To że nasz Bartłomiej dostarcza wam ważną korespondencję, a i Zuzanna z Wicklof was odwiedziła - to wyłącznie uprzejmość z naszej strony. Będąc członkiem Trybunału, wasze Zgromadzenie musi być obsłużone przez Dom Mercere. Macie też - za pośrednictwem Czerwonoczapkich - dostęp do systemu wymiany i pożyczek Vis zgromadzonych w skarbcu Trybunału, a także prawo oficjalnego handlu księgami i tekstami laboratoryjnymi. Możecie też formalnie brać uczniów i będą oni pod prawną ochroną Zakonu. Taki zgłoszony czeladnik, chroniony jest Kodeksem. Oczywiście moglibyście też wystąpić o fundusze na utrzymanie i edukację utalentowanych uczniów. No i ostatecznym przywilejem jest wsparcie Quaesitores. Paweł z Czedniewa, jako Kwestor nowogrodzki wywodzący się z naszego Zgromadzenia, stałby się Waszym naturalnym rzecznikiem. Zobowiązanym do badania naruszeń Kodeksu na Waszą korzyść… Obecnie, w razie konfliktu, Quaesitores mogą uznać Wasze roszczenia za nieważne, gdyż „nie istniejecie” w oficjalnym rejestrze Trybunału. W każdym razie - my, Łęczyca - za dwa lata was zarekomendujemy i zgłosimy gotowość do formalnego wsparcia. A rok później, na Wielkim Trybunale - kto wie? Z całą pewnością musimy być zjednoczeni wobec roszczeń Renu i mówić jednym głosem”. Wieczór spędzony na rozmowach z Princepsem Łęczycy był wielce pouczający zarówno dla Ambroża jak i Bohumila.
Alba Amnis
Mojmira zebrała do woreczka po kilka gałązek ususzonych ziół. Opatuliła się kożuchem i nim wyszła - przyłożyła ucho do ściany przy kominku. Cisza w komnacie obok oznaczała, że Borys siedział u Przecława z Jaromirem i obgadywali czy pójść na pasterkę do Bielawy, czy nie pójść i czy po drodze nie zamarzną. Wzięła więc za rękę Konstantego i po cichu wyszła z chaty. Karin już na nią czekała. Poszły za mury Zgromadzenia do chaty Mili. Tam już na nich czekała Jadwiga Borsukowa. Przyniosła w koszyku garść wełny odciętej o świcie jagniętom i po kilka włosów z końskich ogonów. A także małe piórko, jakie zgubił Dworowy, zanim zapadł w zimowy sen w suchym drągu w owczarni. „Dziś Szczodry Wieczór” - zaczęła Mila - „Wrzućmy w święty ogień nasze dary dla Pana, dla Welesa - by uczcić Starą Wiarę i Dawny Obyczaj.” Kobiety dodawały do niewielkiego płomienia po gałązce wonnych ziół i kosmyku wełny. „Jutro Szczodre Gody, które chrześcijanie zwą Bożym Narodzeniem.” - dodała Karin - „Radujmy się, że dzień pokonał noc. Ucztujmy jutro wspólnie z tymi, którzy wierzą w Nowego Boga. I dzielmy się chlebem wedle prastarego obyczaju, by nie zaginęła pamięć o Welesie, który na łąki Nawii wyprowadza dusze tych, którzy odeszli. Przygotowałam szczodraki, dzięki Mojmiro za mąkę, miód i suszone owoce. Rada jestem, że Dawny Obyczaj żywy jest w tym kręgu.” - i zaintonowała pieśń w dawnym języku.
Jaromir faktycznie siedział z Borysem u Przecława. Ale nie rozważali pojść czy nie na pasterkę do Bielawy. Dalegor - rozsądnie oczywiście - zalecił, by poszli ci, co czują taką potrzebę. I wystawił krzyż z Sali Narad na jej zewnątrz, oświetlając dobrze pochodniami - by „ci co czują taką potrzebę” mogli pomodlić się do Boga, by uczcić narodziny jego Syna. Ziąb był przemożny i lekko sypał śnieg. Dalegorowi brakowało Wszebora. Polecił tylko Odomirowi, by nie trzymali długich wart z Miściwojem - oczywiście Gosława była nadal zwolniona ze służby. Mag był senny. Miał jeszcze nadzieję, że dokończy opowiadać Karin o Wojnie Rozłamu, ale wspólnie wypite grzane wino zaprawione korzeniami, uderzyło mu do głowy i sprowadziło wielką senność. Po tym jak zamienił z Odomirem kilka słów, wrócił do swej komnaty. Nie zdążył się dobrze rozdziać, usiadł na łożu i zapadł w długi i głęboki sen.
W tym czasie Jaromir i Borys opróżniali kolejny antałek wina, jaki kupiec wyciągnął ze spiżarni. Borys dobrze podchmielony zaczął podśpiewywać opowieści o walkach z Zakonem Liwońskim na Inflantach, gdy ramię w ramię z Łotyszami szarpał germańskich zakonników, po oblężeniu Viljandii. Po północy cała trójka zwaliła się na skóry zaścielające podłogę i zgodnie chrapała pogrążona w snach o chwale, bitwach i pieśniach rycerskich.
Łęczyca
Na pasterkę do łęczyckiego grodu Ambroż podążył ze Stanisem i pięcioma dziesiątkami czeladzi Zgromadzenia. Droga przez ośnieżony las, oświetlony księżycowym blaskiem była nieco magiczna i Ambroż rozgadał się opowiadając Stanisławowi o wyprawie pruskiej sprzed roku. Opowiedział mu dość szczegółowo, jak to kniaź Borys z Jaromirem i grogami odbili pruskiego jeńca od Brandenburów. Jak to ten miał się im przedstawić jako Olgierdas i pytać o Grand Silesia. I jak to miał wymienić nazwę „Gaismas Gari” - Zgromadzenia ukrytego gdzieś na ziemiach Prusów lub w Inflantach. Ta wieść bardzo mocno poruszyła Stanisława Czeczenkę. Zamilkł na dłuższą chwilę. Ambroż obserwował kłęby pary buchające z końskich nozdrzy widoczne w świetle pochodni. Szum cichych rozmów między czeladzią i brzęk metalowych elementów końskiego oporządzenia na chwilę przytłoczył ciszę jaka zapadła po jego słowach. „Sodalisie Ambrożu, czy zdajesz sobie sprawę, że właśnie podałeś mi klucz do bram, o których istnieniu Kwestorzy z Trzech Jezior woleli by zapomnieć, gdyby wiedzieli?” - odparł z Stanis z namysłem. Cichym głosem zaczął kreślić przed Ambrożem wizje. Jeśli faktycznie na Inflantach istnieje Zgromadzenie, o którym nie wiedzą konserwatyście z Prypeci, może ono stać się naturalnym naszym sojusznikiem w dążeniach do niezależności od wpływów Rusi… Dywagował, czy ów Olgierdas był dzikim magiem czy nieobdarzonym, ale Ambroż nie miał tak szczegółowej wiedzy. Wydawało się, że Stanisław wierci się z niecierpliwości w siodle, chcąc tu i teraz wciągnąć Olgierdasa w strefę wpływów Łęczycy. Potem wybuchnął złością na Brandenburów i Świętopełka, nie kryjąc oburzenia, że świeccy możny podnieśli rękę na Zakon Hermesa. Potem dodał: „Uratowanie Olgierdasa było aktem roztropności Ambrożu. Ale ukrywanie tego faktu przed Kwestorami to stąpanie po cienkim lodzie. Jeśli Sojczkin dowie się o Gaismas Gari, będzie chciał formalnie ogłosić te ziemie domeną Nowogrodu i naśle tam hoplitów, by zaprowadzili porządek - jeśli najdą go jakiekolwiek wątpliwości. Więc musimy działać ostrożnie i roztropnie…” Ambroż mu przerwał: „O tym fakcie wiem tylko ja i moi towarzysze. Nikt spoza Alba Amnis. Poza tobą Princepsie.” Stanis kiwnął głową. „Niech więc ta tajemnica pozostanie między nami. Nikt z Łęczycy nie może się o tym dowiedzieć, a szczególnie Tremere. Chciałbym Ambrożu, by to wasze Zgromadzenie stało się łącznikiem między nami, a tym nieznanym ośrodkiem. Mniemam, że ów Prus w waszych szeregach nie jest przypadkiem w tej sytuacji? Gdyby udało mu się odnaleźć owych magów, może z pomocą Bartłomieja - byłoby to zwieńczeniem naszych starań…”
Do kolegiaty łęczyckiej dotarli pół godziny przed dzwonami na pasterkę. Tłumy wypełniały plac przed budynkiem. Możni, zapewne komes Zbych z Nawrotów ze swoją świtą i ludzie księcia Leszka - zasiadali w ławach kolegiaty. Pospólstwo tłoczyło się za szeroko otwartymi wrotami kolegiaty NMP. Ambrożowi nie szczególnie zależało by pchać się do środka. Dwie godziny później, po uroczystej mszy pasterskiej wracali do Zgromadzenia. W drodze powrotnej Stanis ostrzegł Ambroża o nieokiełznanym charakterze Kasiny i wyraził obawy o jej relację z Bohumilem. Przestrzegł przed przewrotnością Merinity i obsesją na punkcie Faerie. Ambroż przyjął do wiadomości słowa wiekowego maga i postanowił porozmawiać z Bohumilem na osobności.
Bohumil w tym czasie - ekstatycznie pląsał wokół wysoko strzelających płomieni ognia. Kasina otworzyła przed nim bramy Arkadii, podczas świąt Szczodrych Godów bariera do Arkadii była wyjątkowo cienka. Oszołomiony winem i muzyką, Bohumil oddał się dzikim tańcom i śpiewom w towarzystwie faunów, rusałek i satyrów. Stracił z oczu Kasinę, która wirując w tańcu unosiła się nad fosforyzującą trawą porastającą polanę. Wkrótce zabawy taneczne przekształciły się w dziką orgię i Bohumil zatracił się zupełnie.
Poranek zastał go z bólem głowy. I kompletnie wyczerpanego z sił. Ocknął się w wygodnym łożu w jednej z komnat wieży Kasiny. Obok niego spały dwie, zielonowłose rusałki. Delikatnie wziął w dłoń włosy jednej z Faeri i powąchał. Pachniały świeżo koszoną trawą. Wstał ostrożnie i nieco zdezorientowany poszedł poszukać jakiegokolwiek odzienia. Kasina nie spała. Zażywała kąpieli w sporej balii wypełnionej gorącą wodą. Słysząc Bohumila, który potrącił kubek usiłując ugasić pragnienie, zawołała go by dotrzymał jej towarzystwa.
Styczeń 1225
Alba Amnis
Dalegor czuł się nieco rozdarty. Kilka dni temu, po cichu świętował swoje 32 urodziny. Pierwsze, które spędził jako Princeps. Co prawda tymczasowy, ale czuł tę odpowiedzialność za Zgromadzenie na swoich barkach. Był dumny ale nieco wyobcowany. Karin bacznie obserwowała olbrzyma i po tym jak udanie zorganizował noworoczne świętowanie, jak przymykał oko na drobne, pogańskie gesty, poczuła do niego sympatię. Wiedziała, że za maską surowego i groźnego wielkoluda kryje się niezdecydowany, młody mężczyzna, któremu w obsesyjnej skromności brakuje pewności siebie. Przygotowała dla niego dar. Wręczyła mu ziołową nalewkę, która miała ukoić wybuchy jego temperamentu. Oczywiście Dalegor wolałby, by Karin ugasiła jego temperament w zupełnie inny sposób, ale magiczna trzymała go na dystans. Owszem, doceniała jego uprzejmość, ogładę, strój i maniery. Owszem, pozwalała by ten ją prowadził pod rękę na uroczystościach w Zgromadzeniu, by odgarniał jej włosy, gdy pochylona nad haftem zbyt daleko odpłynęła myślami. Ale na więcej nie przyzwalała.
Dalegor opowiedział jej o Rożnovie. O zasadach panujących w Ex Miscellanea i o tym, że będzie musiała spędzić rok wśród czeskich magów w Hradeckim kraju. Bał się tej rozmowy, ale Karin nie zareagowała gniewem czy wyrzutami. Rozumiała. Lub udawała że rozumie. Dalegor nie wiedział jak to się stało, ale przyrzekł jej, że będzie jej towarzyszył i pojedzie z nią do Rożnova…
W połowie miesiąca do Zgromadzenia przybył Hermann. Mrozy były siarczyste i wilki się rozzuchwaliły ostatnio. Zasadźca prosił Dalegora, by ten rozważył czy mógłby pomóc osadnikom ochronić stada przed drapieżnikami. Dalegor odparł, że żałuje iż nie ma na miejscu Bohumila, gdyż on jest wybitnym znawcą zwierząt. On, Dalegor nie ma takiej wiedzy. Hermann wprost wyznał, że Anne opowiadała mu o duchu strzegącym dobrostanu owiec Zgromadzenia i wyraził zainteresowanie podobną formą pomocy. Dalegor nic nie obiecywał, rzekł tylko że przedstawi problem Ambrożowi jak tylko ten wróci z podróży.
Łęczyca
Ambroż przystał na propozycję Frani. Wykształcenie Dargaude z całą pewnością wzmocniłoby Alba Amnis. Toteż zgodził się na szczodrą ofertę magiczki, by jeden z Towarzyszy łęczyckich, nauczał Prusa przez sezon zimowy. Uczenie się łaciny od Eryka Klucznika nie było prostą rzeczą. Dargaude musiał wykazać wielką cierpliwość. Eryk był Nordem, zapewne Norwegiem. Nie mówił wiele o sobie, ale w trakcie długich tygodni nauki, Dargaude odkrył, że młody wiking pochodził z biskupstwa Bergen. Że miał Dar, choć nie zdał nigdy egzaminu czeladniczego i Dar zawodził go w chwilach próby. Że nigdy nie zostanie Magiem, ale z racji wykształcenia, zdolności i wiedzy, w Łęczycy był strażnikiem Portalu Hermesa. No i Dargaude dostąpił zaszczytu oglądania samego Portalu, gdyż lekcje łaciny Eryk postanowił prowadzić w komnacie Portalu.
Długie styczniowe tygodnie spędzał Prus z Alba Amnis na ćwiczeniach deklinacji i gramatyki akademickiej łaciny. Eryk traktował go z mieszanką wyższości i empatii. Uznał - gdy Dargaude opowiedział mu kilka historii o sobie - że obaj w świecie magii są niespełnieni. Dla Prusa było o to o tyle trudne, że magiczna obecność Portalu nieustannie mu przeszkadzała. Słyszał ciągłe buczenie, lekkie drżenie powietrza i dzwonienie w uszach.
Pewnego dnia Dargaude postanowił w przerwie nauki przyjrzeć się bliżej Portalowi, używając swoich talentów. Spojrzał więc na dwa wysokie filary, które od czasu do czasu pokrywała sieć błękitnych wyładowań. Za nimi widział ścianę komnaty, równe bloki kamienne ułożone w klasyczny wzór. Tym razem jednak dzwonienie w uszach się nasiliło . Przestrzeń między kolumnami wypełniła poświata przez którą przepływały drżące pasma mgły. Na podłodze komnaty ujrzał kilka kręgów wpisanych w wielki okrąg, ktore jaśniały zielonkawym blaskiem kręcąc się z różnymi prędkościami w przeciwnych kierunkach. Widok był przytłaczający, aż Prus poczuł zimny, przenikający wiatr wiejący z wnętrza Portalu. Eryk potrząsnął jego ramieniem. Przestrzegł go przed samodzielnym spoglądaniem w Portal. Widząc lęk Dargaude przypomniał sobie swoje porażki na ścieżce magii. Uruchomił na chwilę magiczne kręgi i wypowiedział formułę, która rozwiała mgły okrywające przestrzeń między kolumnami. Na moment Dargaude ujrzał bliźniacza komnatę w Trzech Jeziorach i Strażniczkę Portalu, która czuwała nad bezpieczeństwem po drugiej stronie.
Alba Amnis
Przecław był zadowolony. Kasper Borsuk potwierdził, że oba stada są w dobrej kondycji i że, mimo srogiej zimy, żadna owca nie ucierpiała. Zapasów siana mieli jeszcze sporo, więc nie musiał się o to martwić. Ciekawił go pomysł Isztvana, by rozpocząć produkcję owczego sera. Nie miał o tym wielkiego pojęcia, zawierzył więc Madziarowi. Ale i tak na wiosnę zamierzał wybrać się do Augustianów w Kamieńcu i wypytać co i jak. Pamiętał, że przeor Mikulasz kiedyś wspominał i sztuce serowarstwa, więc byłoby nieroztropnie nie korzystać z cudzej wiedzy.
Do tej pory martwił się, że ograniczone finanse Zgromadzenia zakładają ciasny kaganiec na żarłoczny pysk potrzeb. Zdawał sobie sprawę, że Magowie żyją w skromnych komnatach i mają ograniczone laboratoria. Że Towarzysze mieszkają w kiepskich warunkach, w zasadzie ledwo zadowalających byle służącego. Jaromir przebąkiwał o nowej chacie. Być może - gdyby przeprowadził się do Bielawy, miało by to sens? On sam o tym myślał. To zaledwie godzina wędrówki. No może więcej, gdy trzeba wrócić i pokonać strome podejście. Ale skoro Hermann otrzymał przywilej, wkrótce w wiosce stanie karczma… Oczywiście nie dałby rady prowadzić karczmy i poświęcać się zarządzaniu Zgromadzeniem. Złożył przysięgę Stefanusowi, a potem Ambrożowi. Zgromadzenie było jego domem. Ale z drugiej strony ciągle uczył Anne, wkrótce będzie jego żoną. Poradzi sobie z prowadzeniem gospody, a on może ją wspierać by właściwie zarządzać majątkiem.
Gdy Dalegor pokazał mu ogromną bryłę złota - Przecław zamilkł na długą chwilę. Rozumiał, że Magowie dysponują mocami o jakich nie śniło się śmiertelnikom. Ale wytworzenie takiego skarbu było ponad pojęcie Przecława. Nie przepadał z Dalegorem. Uważał go za aroganckiego milczka, który mrukliwym charakterem kryje gwałtowność i chęć do przemocy. Z czasem przywykł do niego i uznał, że to efekt Daru olbrzyma. Po tym jak ujrzał efekt pracy Dalegora, zmienił o nim zdanie. Kilka dni rozmyślał jak postąpić z takim skarbem. Rozumiał ograniczenia, jakie nakładał na Magów Kodeks Hermesa - Dalegor klarownie mu to wytłumaczył. Poprosił więc Maga by ten delikatnie obrobił złoty skarb i przygotował kilka sakiewek drobnego kruszcu, samorodków jakie mogliby wymienić we Wrocławskiej mennicy książęcej. Wezwał Jaromira i Borysa, by wspólnie omówić jak mogą uzasadnić posiadanie takiego skarbu. Rusin wpadł na genialny pomysł. Niech to będzie skarb Dobromiła jaki przywiózł z wyprawy do Ziemi Świętej. Skoro mają tyle złota, to niech część poświęcą na Kościół - co zamknie gęby klechom. A resztę - tę którą Kodeks im przyzwala - niech wymienią we Wrocławiu i zasilą skarbiec. A Jaromir niech szykuje się na lato do Pragi. W tak dużym grodzie, pełnym rzemiosła, handlu i złotników - wymiana kruszcu nie budziłaby wielkich sensacji. Obaj Towarzysze przystali na plan. Pomysł ze skarbem z Ziemi Świętej brzmiał wiarygodnie.
Luty1225
Łęczyca
Ambroż nie nudził się. Studiował wskazówki dotyczące ulepszeń Parma Magica i wieczorami konsultował je ze Stanisławem. Princeps Łęczycy pamiętał też o prośbie młodego Maga dotyczącej klątwy ciążącej na ruskim kniaziu, którego goszczą w Alba Amnis i wspomniał o tym Pawłowi z Czedniewa, Młodszemu Kwestorowi z Trzech Jezior. Musiał też rozwiązać pewien problem. Wszebor skarżył mu się na kłopoty jakie go spotykały na co dzień. Ambroż węszył w tym intryg Ruprechta i poprosił Stanisa o interwencję. Luty był kapryśny, niektóre dni przynosiły zamiecie i pół metra świeżego śniegu. Inne prawdziwie wiosenne podmuchy ciepłego wiatru i odwilż. Ambrożowi zaczęło brakować leśnego klimatu Alba Amnis. W głowie, powoli szykował się do powrotu.
Kasina - w przerwach gdy obecność Bohumila zanadto ją nudziła, pozwalała mu czytać swoje zapiski ze studiowania magii Intellego, a sama zajmowała się Dargaude i jego talentami. Rzucała przy nim różne zaklęcia spontaniczne i kazała mu obserwować efekty. Następnie dokładnie przepytywała i skrzętnie zapisywała notatki rysikiem na woskowanych tabliczkach.
Dargaude jednak nie chciał być jedynie użytecznym narzędziem. Korzystając z talentów i łatwego przyswajania wiedzy o Faerie, szpiegował podczas badań magicznych. Obserwowała z uwagą jak magiczka wykonuje zamaszyste gesty, rzucając kolejne spontaniczne zaklęcia. W tym momencie świat w oczach Dargaude pękł niczym stłuczone lustro. Ziemska rzeczywistość Łęczycy — zimne kamienne mury, dym z kaganków i zapach starego pergaminu — stało się jedynie prześwitującą firanką, zza której przenikał puls czegoś znacznie potężniejszego.
Dzięki swej sile feryckiej krwi, Kasina objawiała mu się jako istota ze światła i cienia. Jej skóra promieniała blaskiem zachodzącego słońca, a w oczach zamiast źrenic wirowały konstelacje gwiazd, których nie znało niebo Prusów. Jej cień nie padał na podłogę; zamiast tego wił się u jej stóp niczym drapieżny kot, chwytając okruchy magicznej energii, które ulatywały z jej palców podczas tkania zaklęć.
W najciemniejszym kącie laboratorium magini, tuż obok jej fotela, Dargaude dostrzegł coś, co zmroziło mu krew w żyłach. To nie był cień ani szczelina w rzeczywistości. To przypominało mglistą, lśniącą wyrwę w przestrzeni, która prowadziła prosto do serca Arkadii.Przez tę szczelinę przesączał się zapach czerwcowego lasu i echa polowania, które nigdy się nie kończy. Prus dostrzegł, że Kasina jest połączona z tym miejscem grubym, pulsującym sznurem magicznej energii — to jej kotwica, która nie pozwalała jej stać się w pełni śmiertelną, ale też więziła ją w wiecznej roli psotnicy. Zachował te obrazu dla siebie. Postanowił na razie nikomu o tym nie wspominać, a już najbardziej Bohumilowi.
Mag Bjoarner zaś koniecznie chciał rozmówić się z Sonją. Czuł, ilekroć przemierzał zamkowe podwórze, że magiczka bacznie go obserwuje. Nie czuł się z tym dobrze, zwłaszcza że unikała kontaktu. Zebrał więc odwagę i poszedł do zamkowych stajni licząc, że tam ją spotka. Nie mylił się. W stajni panował półmrok, przesycony zapachem końskiego potu, siana i dziegciu. Sonja stała przy gniadym ogierze, a jej krępa sylwetka rzucała długi cień na klepisko. Gdy tylko przekroczył próg - mimo talentu, który maskował jego Dar wobec zwierząt - konie zaczęły parskać i niespokojnie się zachowywać w obliczu obcego. Sonja nie zwróciła swego wzorku na Bohumila ale dostrzegł jak się spięła wewnętrznie.
„Zatrzymaj się, Bohumile. Nie podchodź do moich koni. Przynosisz ze sobą słodki odór rozkładu z Arkadii. Śmierdzisz sitowiem i zimnym śluzem tych, co ukradli imiona naszych przodków.” - wypaliła zamiast powitania. Bohumil poczuł się zmieszany. Przez następny kwadrans Sonja naprzemiennie drwiła z niego i próbowała go sprowokować. Czuła głęboką odrazę do Maga Bjoarner który obcował z Faerie. Wyrzuciła mu to kilkukrotnie. Finalnie, zaleciła pielgrzymkę do Crintery, by lepiej zrozumiał nauki swego Domu. Bohumil odstąpił. Wyznał swą ignorancję. I nie zamierzał się głębiej tłumaczyć. Pomysł wyprawy do Crintery od dawna tlił mu się małym ogieńkiem w głębi serca.
Dwa tygodnie przed powrotem do Alba Amnis, Ambroż przyszedł do Tomasza Klimowicza ze sprawą klątwy ciążącej na Borysie. Stary mag wysłuchał opowieści. Miał w swoich zapiskach wiele szkiców efektów magicznych, jakie mogłyby się przeciwstawić magii „ludowych czarowników” - jak zwykł pogardliwie się wyrażać o obdarzonych, którzy nie zostali objęci Kodeksem Hermesa. Przystał na prośbę śląskiego maga i obiecał zaprojektować odpowiednie środki zaradcze, by ruski kniaź mógł uwolnić się od złego losu. Ale wpierw Ambroż zobowiązał się do opisania okoliczności, przyczyn i skutków złej magii.
Przed samym wyjazdem doszło do niecodziennego zdarzenia w jednej z sal zamkowego wieczernika. Do siedzących przy stole Kasiny i Bohumila dosiadł się Dargaude. Zaczęli snuć różne opowieści. Dargaude zaś opowiedział o swoim spotkaniu ze Skomorochem na leśnych ścieżkach Sowiej Góry. Chciał dowiedzieć się od Kasiny nieco więcej o takich osobnikach. Magiczka zaś, korzystając ze swoich mocy Merinita, chwyciła Prusa za głowę i wymusiła wieszczą wizję, której obraz jak żywe pojawiły się w umyśle Dargaude. W wizjach dostrzegł zmiennokształtnego Pana Góry i napotkanego Skomorocha, a także wiele innych istot Faerie. Wizje potwierdziły też zaproszenie, o jakim wspomniał Tybald. Kasina wyraźnie go przestrzegła: „To nie jest miejsce dla słabych serc, Dargaude. Pan Góry nie szuka sług, on szuka partnerów do swej gry. Jeśli pójdziesz tam z lękiem, to staniesz się tylko kolejną, suchą gałęzią w jego lesie. Ale jeśli pójdziesz z tą pruską pieśnią na ustach, o której opowiadałeś… kto wiek? Być może cała Łęczyca będzie ci zazdrościć tego, co ujrzą twoje oczy?”.
Bohumil długo rozmyślał, czy poprosić o to Stanisa czy też nie. W końcu poszedł do Princepsa Łęczycy i zapytał, czy mógłby rzucić okiem na „Mowy Jannesa”, o kórych opowiadała mu Kasina. Stanisław popatrzył dziwnym wzrokiem przez chwilę na maga Bjoarner, ale kiwnął głową i odrzekł: „Owszem młody magu. Ostrzegam, że wiele mądrości tam nie znajdziesz. Ale rozumiem pragnienie wiedzy. Pozwól za mną do biblioteki.” Bohumil spędził kilka godzin usiłując zrozumieć cokolwiek z chaotycznych zapisków. Cześć pisana była akademicką łaciną, ale zdania nie tworzyły sensu. Obok niektórych akapitów, na marginesach widniały dziwne notatki, zapewne zapisane jakim szyfrem maga. Niektóre strony były puste, z uwagą clamores. Przez kilka kolejnych nocy, koszmary dręczyły Bohumila. Choć strony były puste, to po długotrwałym wpatrywaniu się w pożółkły pergamin… Bohumil miał koszmary senne. „Słyszał” szalony bełkot (chichot, szept, jęki, głos przestraszonego starca ) który mógł zapewne być odbiciem w umyśle „Mowy Jannesa” której oczy Bohumila nie widziały. Mag zapamiętał kilka takich koszmarów, gdy w półśnie nad ranem słyszał w swojej głowie: „„Biała Woda zmieni barwę na purpurę, a góry zaszumią płaczem matek, nim lód skuje serce Odry. Ujrzysz dąb prastary, z którego wyrośnie latorośl ze złota, lecz jej owoce będą z rdzawego żelaza. Ten, który mieni się Pierwszym Synem, postawi stopę na trupach braci, a jego blask będzie oślepiał, by ukryć smród siarki pod książęcą purpurą. Trzy łzy lewiatana uderzą w ziemię. Pierwsza w ogień gór, druga w ciszę lasu, trzecia w pychę miasta. Każda będzie śpiewać anielskim głosem, by uśpić czujność mędrców, lecz w ich wnętrzu drzemie głód nienasycony, który pożre dusze i ciała oddanych sprawie. Gdy majowe ognie zapłoną na szczytach, to, co niskie, sięgnie gwiazd, a to, co święte, zostanie wdeptane w błoto. W noc, gdy czarownice tańczą na Brocken, klucz obróci się w zamku, którego nie ma i Śląsk stanie się przedsionkiem Otchłani. Szukajcie uderzenia młota, który nie służy wojnie, lecz pokucie. Tylko niebiański cierń, wykuty w ogniu czystym jak modlitwa, może przebić skórę z gwiezdnego żelaza. Droga do kuźni jest jednak wybrukowana zdradą, a aniołowie i demony będą walczyć o duszę tego, który trzyma miech”. Bohumil podświadomie łączył słowa maga wwiercające mu się w głowę, z jakąś mroczną obecnością, którą odczuwał w bibliotece ślęcząc nad zapiskami. Po tych koszmarach nie chciał już wracać do lektury „Mowy Jannesa.”
Wrocław
Wracając z Łęczycy musieli przekroczyć Odrę we Wrocławiu. Ambroż nie omieszkał zabawić dłużej w stołecznym grodzie. Zwłaszcza, że książę Henryk ze swoim dworem akurat gościł na Ostrowie Tumskim w książęcej rezydencji nieopodal katedry. Widać to było po tłoku na podgrodziu i gnających tam i z powrotem konnych kurierach. „Kto wie?” - myślał Ambroż patrząc z grzbietu wierzchowca na ośmiokątną wieżę górującą nad murami zamkowymi - „może akurat książę Henryk wypatruje jakichś posłów z Wielkopolski i patrzy w naszą stronę?”
Opłacili myto na Wyspie Piaskowej i tam Ambroż zatrzymał się na chwilę, by odwiedzić scholastyka Idziego. Ten bardzo się ucieszył na widok dawnego druga z ław szkoły katedralnej. Miał też przygotowaną monetę, o którą Ambroż zabiegał. Mag musiał przeprosić za nadgorliwe prośby. W Łęczycy doszedł do wniosku, że Dalegor zupełnie nie potrzebuje odtwarzać złotych monet, że tekst laboratoryjny Stephanusa pozwala tworzyć złoty samorodek całkiem sporych rozmiarów. Przemilczał swe przemyślenia i na przeprosiny wyciągnął scholastyka do gospody, którą pod auspicjami Augustianów prowadziło dwóch braci z Ołbina. Tam scholastyk Idzi, przy sutej wieczerzy opowiedział Ambrożowi o najnowszych plotkach.
Niedawno gościli legata WIlhelma z Modeny. Papież Honoriusz III powołał go niedawno do gotności legata Inflant, Prus i krajów pogańskich na północy. Wilhelm udawał się do Chełma, by tam spotkać się z biskupem Christianem. Miał przyjrzeć się misji chrystianizacji, jaką Christian przeprowadzał od kilku lat w Pomezanii, Warmii i Lubawie. Mieli wypracować trwałe struktury parafialne i zawrzeć bliższe relacje z księciem Konradem. Tu Idzi wspomniał o Dobromile Kotowiczu i sprawie translacji jego prochów z Chełma. Z Wilhelmem, biskup Wawrzyniec puścił kilku swoich ludzi, więc może w tym roku sprawa Kotowicza znajdzie szczęśliwy finał. Zwłaszcza, że zarówno kanclerz książęcy Idzi, jak też komtur Rudiger naciskali na legata, by przyspieszył bieg wydarzeń.
Kuria rzymska - wedle słów Idziego - formalnie przygotowywała się do objęcia opieką ziem Pruskich. Co zapewne nie będzie się podobać ani księciu Konradowi, ani namiestnikowi pomorza gdańskiego, Świętopełkowi. Legat wiózł z sobą bullę papieską, która nawróconych pogan z Prus i Inflant miało poddawać w opiekę świętemu Piotrowi. Ponoć papież Honoriusz wyraźnie w niej zapisał i podkreślił wolność ludności pruskiej, oznajmiając, że mają pozostać wolni i nie podlegać „panom świeckim”.
Scholastyk opowiedział też o cudzie, jaki wydarzył się jesienią zeszłego roku u biskupa Arezzo. Oczywiście ani kuria, ani papież oficjalnie się do tego nie odnieśli. Ale brat Leon z ubogich braciszków z Asyżu, wyznał, że gdy ich założyciel, Franciszek pościł na górze La Verna w toskańskich Apeninach, ukazał mu się serafin przybierając postać Pana i wskazując na rany w boku, dłoniach i stopach. Od tego objawienia, Franciszek sam nosił krwawe stygmaty - czego Leon był świadkiem. Idzi podchodził ostrożnie do tych rewelacji, ale w tajemnicy podzielił się z Ambrożem - pamiętając jak w latach studenckich rozważali i dyskutowali wszelkie manifestacje boskich wysłanników, świętych patronów, aniołów, archaniołów i serafów, o których prostaczkowie tak chętnie opowiadali.
Idzi wspomniał też o morowym powietrzu jakie na jesieni nawiedziło Kraków. Głód wielki zapanował w grodzie. Wielu pomarło. Idzi nie wiedział już co było pierwsze - głód czy morowa zaraza. Ambroż domyślał się, że deszczowe lato i jesień ubiegłego roku, sprawiły że zbiory były nędzne, a zboża pogniły na pniu. Więc pewnie głód i mór szły ręka w rękę. Ale Idzi głównie skupił się na opowieści o siostrze Bronisławie z możnego rodu Odrowążów. Była ona Norbertanką. I mimo młodego wieku, porwała za sobą resztę klasztoru, by pomagać potrzebującym. Otworzyła spichlerze dla głodujących i opuściła klasztorne mury, by opiekować się chorującymi mieszczanami. Ponoć widziano anioła, gdy modliła się na wzgórzu nad klasztorem. Mieszczanie i zakonnicy potwierdzali, że miała cudowną moc wypraszania darów od Pana.
Takie to nowości zasłyszał Ambroż we Wrocławiu. Udał się jeszcze do cechu złotniczego, gdzie zamówił srebrny medalion z wizerunkiem świętego Krzysztofa - olbrzyma z krainy Kananejczyków, który przenosił wozy i podróżnych na swoich barkach przez rzeki. Ambroż zalecił wprawić w medalion pięć okruchów szlifowanych opali i dodać mosiężne kółko, by można było nosić wizerunek świętego na rzemieniu. Miał w tym pewien cel. Chciał poświęcić kilka miesięcy w tym roku, by umieścić w medalionie magiczny efekt, o którym stale rozmyślał podczas wieczornych biwaków.
Gdy wkraczali do Świdnicy - Ambroż i Bohumil czuli w kościach tchnienie Alba Amnis. Zgromadzenie było już tak blisko. Przejeżdżając obok odlewni i magazynów cechu ludwisarzy na podgrodziu, Ambroż chcąc nie chcąc pomyślał o wydarzeniach z zeszłego lata i tragedii w Bielawie, do której Dalegor przyłożył rękę. Nie oceniał konfratra. Olbrzym i tak zmagał się z wyrzutami z tego powodu. Odlewnia była w oddaleniu od innych budynków podgrodzia, z racji ryzyka pożaru, hałasu i wszechobecnego dymu węgla drzewnego, który zalegał nad okolicą gdy pracowano nad stopem. Ambroż zasłonił nos chustą gdy wbili się w chmurę sinego dymu mijając wielki magazyn i stosy węgla drzewnego.
Popołudnie było ciepłe jak na końcówkę lutego. Z daleka widzieli trakt upstrzony białymi budynkami bielawskich osadników i lustra wielkich kałuż jakie zdobiły błotnistą drogę. Bohumil drzemał na wozie. Ambroż zaś z niecierpliwością rozglądał się dookoła, licząc, że może wypatrzy gdzieś Jaromira w którejś z bielawskich zagród. Na polach o tej porze było pusto. Mijani chłopi - jak tylko rozpoznali magistra - kłaniali się ściągając czapkę. Przez moment Ambrożowi wydało się, że widział czarną sutannę Gudriga, która mignęła mu na podwórzu Hermannowej zagrody. Ale droga wywiodła ich bliżej linii lasu, już poza ostatnie zabudowania górnej Bielawy. Szlak był dość stromy i konie mocno napięły uprząż ciągnąc wóz grzęznący w błocie. Od dłuższego czasu Ambroż słyszał krakanie. Rozmyślał właśnie nad Zgromadzeniem, jak radzi sobie Dalegor, jak postępy Karin, jak w tym roku zorganizować rytuał Aegisa. I krakanie ciągle go rozpraszało. Dostrzegł w końcu ogromnego kruka, który siedział na czubku jodły. Gdy wóz zrównał się z drzewem, ptaszysko wzbiło się w powietrze robiąc hałas i płynnym ślizgiem przemknęło nad głową princepsa, siedzącego na wozie, zrzucając mu na kolana tubę z zalakowaną pieczęcią. Ambroż rozpoznał odcisk w wosku. „Wieści z Fengheld” - westchnął - „ ptasi kurier i to w chwili gdy wracamy z Łęczycy…” - momentalnie zapomniał o Dalegorze, Karin i rytuale Aegisa. Odłożył tubę do torby notując jak pilnie mu się przyglądał nieco przestraszony Wszebor i zaciekawiony Atylla. Dargaude - który od początku rozglądał się na lewo i prawo szukając źródeł głosnego krakania nie odezwał się ani słowem. Ale wyraz twarzy miał doprawdy tajemniczy.